W matni geopolitycznej

Jakkolwiek nie jestem fanem polityki zagranicznej PiS, to oglądając z boku poczynania ministra Jacka Czaputowicza, muszę przyznać, że jest to pewien postęp w stosunku do czasów Witolda Waszczykowskiego. Minister Czaputowicz dosłownie dwoi się i troi. Jego aktywność jest znaczna i wypada poświęcić mu kilka chwil.

Witold Waszczykowski reprezentował klasyczną dla swojej formacji politycznej linię strategicznego sojuszu ze Stanami Zjednoczonymi. Można dyskutować, co ostatnio czyniłem na tych łamach, czy sojusz ten jest wartościowy czy nie. Nie mam jednakże wątpliwości, że polityka zagraniczna Waszczykowskiego opierała się na kardynalnym błędzie wyjściowym, jakim było przekonanie, że sojusz z USA wystarcza, aby zapewnić naszemu państwu bezpieczeństwo i należną mu rangę w stosunkach międzynarodowych. Polityka ta zakładała, że nikt i nic nie jest w stanie tym sojuszem wstrząsnąć, o ile tylko we wszystkich kwestiach międzynarodowych Polska będzie kierowała się wskazówkami płynącymi bądź bezpośrednio z Waszyngtonu, bądź z ambasady amerykańskiej. Strategia ta zakładała zarazem, że w naszych bilateralnych stosunkach nigdy nie pojawią się kwestie sporne. Tak ze 20 lat temu Antoni Macierewicz określił ten koncept jako przekształcenie Polski w amerykański „niezatapialny lotniskowiec” w Europie środkowej.

Niestety, strategia Witolda Waszczykowskiego, a właściwie Jarosława Kaczyńskiego, zawiodła. Pokazała to nowelizacja ustawy o IPN penalizująca kłamstwo o udziale Państwa i Narodu Polskiego w Holokauście. PiS nie spodziewał się brutalnej interwencji amerykańskiej w sprawy wewnętrzne Polski i zabanowania wizyt czołowych polskich polityków w Białym Domu. Teraz w kierownictwie partii rządzącej zdano sobie (wreszcie!) sprawę, że jest wielce prawdopodobne, iż stosunki z Amerykanami mogą być coraz gorsze. Organizacje żydowskie wylobbowały w Kongresie, a jak się zdaje także w Białym Domu, poświęcenie interesu państwa na korzyść własnego. Na horyzoncie mamy żądania wielomiliardowego zadośćuczynienia za mienie bezspadkowe obywateli polskich żydowskiego pochodzenia dla Światowego Kongresu Żydów. To, co niedawno uważano za urojenia red. Stanisława Michalkiewicza, nagle stanęło przed drzwiami i fantom odszkodowań zaczyna pociągać za klamkę. PiS narzucił koc na ustawę reprywatyzacyjną i udaje, że sprawy nie ma, ale wszyscy wiemy, iż wcześniej czy później sprawa wróci. Kwoty o jakich mowa to dziesiątki miliardów dolarów, których Polska nie jest prawnie winna komukolwiek, a nawet gdyby chciała, to ich nie zapłaci, gdyż nie mamy takich pieniędzy. W tej sytuacji sojusz z USA zaczął parzyć ręce, gdyż jego cena staje się nie akceptowalna. Polska długo robiła za amerykańskiego chłopca na posyłki, który zawsze wyrażał interesy waszyngtońskie, szczególnie wobec Rosji wykrzykując to, co Amerykanie myśleli, lecz czego sami nie chcieli głośno powiedzieć. Teraz dowiedzieliśmy się, że nie dość, iż robiliśmy z siebie wariatów, to mamy jeszcze za to zapłacić.

Wymiana ministra Waszczykowskiego na Czaputowicza dała okazję do przewartościowania polskiej polityki zagranicznej, co – w moim przekonaniu – właśnie się dzieje. Widząc zbliżające się załamanie relacji ze Stanami Zjednoczonymi, MSZ gorączkowo próbuje odbudować głupio zburzone i popalone przez poprzednika mosty pośród partnerów europejskich. Minister Czaputowicz działa gorączkowo, szukając wszelkich możliwości. Słusznie stara się na gwałt odbudować Grupę Wyszechradzką, choć tutaj akurat wątpię czy wiele zdziała, gdyż kraje ją tworzące mają sprzeczne interesy. Ostatnia wizyta w Paryżu pokazała, że podjął próbę odbudowy Trójkąta Weimarskiego, czyli sojuszu, który miałby rządzić zjednoczoną Europą w postaci osi Paryż-Berlin-Warszawa. Inicjatywa ta jest odbudowywana, mimo że powstała w kręgach znienawidzonej Platformy Obywatelskiej i wyrażała proniemiecką politykę zagraniczną rządu Donalda Tuska, gdyż w Trójkącie Weimarskim czołową rolę muszą odgrywać Niemcy. Jeśli Marine Le Pen powiada, że Prezydent Francji jest tylko wicekanclerzem Angeli Merkel, to zachowując te proporcje, Prezydent Polski mógłby w tym sojuszu być co najwyżej podsekretarzem stanu niemieckiej „cesarzowej”.

Cierniem w sojuszu Warszawy z Waszyngtonem okazują się roszczenia do mienia bezspadkowego, oceniane na minimum kilkadziesiąt miliardów dolarów. Niestety, odbudowa katechonicznego sojuszu Paryż-Berlin-Warszawa byłaby także kosztowna. Niemcy i Francuzi dążą w tej chwili do stworzenia europejskiego państwa federalnego, czyli przekształcenia konfederacyjnej Unii Europejskiej w państwo federalne. Stąd idea „Europy dwóch prędkości”, gdzie Polska i inne kraje mniej zaangażowane w procesy integracyjne, miały pozostać poza jądrem UE. Nie sposób stworzyć Trójkąta Weimarskiego bez rozwiązania problemu „prędkości”. Jeśli chcemy być w „jądrze integracyjnym”, to musimy zgodzić się na państwo federalne. Sprawa ta natychmiast wyszła przy spotkaniu ministra Czaputowicza ze swoim francuskim odpowiednikiem Jean-Yves Le Drianem, gdy Francuzi chcieli jednoczyć „jądro” z pominięciem parlamentów narodowych, czyli z wykluczeniem decyzyjności państw narodowych. To logiczne: skoro Europa ma być jednym państwem, to parlamenty narodowe należy pomijać. Minister Czaputowicz wyraził swoje wątpliwości, co oznacza oczywisty zgrzyt. Rząd PiS nie chce bowiem pogłębiać integracji europejskiej.

Znaleźliśmy się w politycznej matni. Na sojusz z USA nas nie stać, a płacenie gigantycznego okupu zagranicznym lobbystom byłoby po prostu upokarzające. Jakikolwiek rząd, który by się na to zgodził, zostałby zmieciony z powierzchni ziemi. Zgoda na federalizację Europy oznaczałaby sprzedanie resztek suwerenności i współtworzenie jakiegoś europejskiego molocha. Odnoszę wrażenie, że Jarosławowi Kaczyńskiemu właśnie kończą się pomysły. Całej post-solidarnościowej klasie politycznej również. Jaki z tego wniosek? Czas Państwu podziękować i wysłać was na polityczne emerytury.

Adam Wielomski

   źródło: konserwatyzm.pl

W matni geopolitycznej
Oceń artykuł
Udostępnij

Napisz co myślisz