„Od Władywostoku po Lizbonę”

Zimna wojna 2.0. Czy przewodniczący Komisji Europejskiej wykonywał polecenie kanclerz Niemiec?

Po ostatnim wyborze Putina myśl o wspólnej przestrzeni, tym razem w kontekście bezpieczeństwa, odgrzał w liście gratulacyjnym przewodniczący Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker. List wywołał burzę protestów. Określono go jako „haniebny”, a nawet „wywołujący nudności”. Zapytany przez dziennikarkę BBC, dlaczego napisał taki list po użyciu przez Rosję broni chemicznej w Wielkiej Brytanii, Juncker odparł: – Zapytajcie się pani Merkel, czy to było słuszne. Rodzi się więc pytanie: czy przewodniczący Komisji Europejskiej wykonywał polecenie kanclerz Niemiec?

Kolejny wybór Władimira Putina na władcę Kremla oraz rosyjski atak bronią chemiczną na terytorium Wielkiej Brytanii rozpoczęły proces polaryzacji stanowisk u progu drugiej fazy zimnej wojny o panowanie nad kontynentem euroazjatyckim. Pierwszą fazę Związek Sowiecki rozpoczął zaraz po wkroczeniu Armii Czerwonej do Berlina, licząc na wycofanie się Stanów Zjednoczonych z Europy, wojenne zmęczenie imperium brytyjskiego oraz silną pozycję partii komunistycznych w krajach zachodnioeuropejskich, przede wszystkim we Włoszech i Francji, gdzie komuniści byli silni, a lokalne establishmenty skompromitowane kolaboracją z III Rzeszą. Ówczesny władca Kremla, Józef Stalin, planował, że po opanowaniu środkowo-wschodniej Europy wojska sowieckie przekroczą Łabę i wspomagając kolejne rewolty komunistów oraz postępowej lewicy, dojdą stopniowo do Atlantyku. Wizja była porywająca, plan był dobry, ale wykonanie zawiodło. Amerykanie po II wojnie światowej nie wycofali się za ocean, tak jak to zrobili po I wojnie. Brytyjczycy oddali imperium, ale Armia Renu została w Niemczech. W pozostałych krajach zachodnioeuropejskich demokratyczne struktury państwowe okazały się wystarczająco silne, aby komuniści przegrali konfrontację z tradycyjnymi partiami wspieranymi mniej lub bardziej dyskretnie przez Waszyngton. Pozbawieni bezpośredniego wsparcia sowieckich czołgów, entuzjaści czerwonego sztandaru okazali się za słabi. Kreml podporządkował sobie tylko te tereny, na których już stacjonowały jego wojska, a nawet, w 1955 r., musiał wycofać się z Austrii, która po wyjściu ostatniego sołdata ogłosiła wieczystą neutralność.

Późniejsze pół wieku minęło na głoszonej przez Moskwę „walce o pokój”, po której, jak twierdzili złośliwi, kamień na kamieniu nie zostanie. W miejsce rozpadającego się imperium brytyjskiego przyjęto na Kremlu zasadę, że „głównym przeciwnikiem” są Stany Zjednoczone, i latami prowadzono z nimi wojnę podprogową, zawsze o stopień niżej niż otwarte starcie z użyciem własnych sił zbrojnych. Od propagandy słowa po propagandę czynu, od konfrontacji wywiadowczych po konflikty, w których walczyli wspierani przez sowieckich doradców lokalni „bojownicy o pokój” stanowiący surogat Armii Czerwonej. W tej zastępczej wojnie Moskwa odnosiła liczące się sukcesy, co skłoniło starzejących się członków kolektywnego cara, zwanego politbiurem, do zaryzykowania wojny pod własnym sztandarem, czyli wkroczenia do Afganistanu. Inwazja uruchomiła reakcję USA i wyścig zbrojeń, którego sowiecka gospodarka nie wytrzymała. W konsekwencji Związek Sowiecki się rozsypał, ale strategiczna wizja i służby pozostały.

Wiele wskazuje, że po okresie chaotycznej pierestrojki dokonano w Moskwie przeglądu strategicznych wizji, z którego ostała się ta najbardziej ambitna – panowanie nad ziemiami od Władywostoku po Lizbonę. Z punktu widzenia Kremla tylko ona jawiła się jako logiczne rozwiązanie. Wystarczyło spojrzeć na mapę. Największa połać lądu stałego oznaczona jest jako „Rosja”. Uznano, że dwa duże przyległe tereny, Białoruś i Ukraina, wrócą wcześniej lub później do rosyjskiej macierzy, a dalej na zachód mały skrawek drobnych działek wygląda wręcz nienaturalnie. Co więcej, dużą bezczelnością jest, aby jakiś stosunkowo mały rywal usadowiony za oceanem mieszał się w polityczne i gospodarcze sprawy masywu rozciągającego się od Kamczatki do Gibraltaru.

W dzisiejszej rzeczywistości Rosji realizacja tradycyjnej wizji wymagała jednak wspólnika, który wniósłby udział technologiczno-kapitałowy. Wybór był również tradycyjny – Niemcy, z którymi jeszcze w listopadzie 1940 r. reprezentujący Józefa Stalina minister spraw zagranicznych Wiaczesław Mołotow negocjował podział świata. Mołotow już wówczas udzielił poparcia zdecydowanemu stanowisku Hitlera, że „Stany Zjednoczone nie mają żadnych interesów ani w Europie, ani w Afryce czy Azji”.

Otwartą ofertę powrotu do tradycji złożył 25 listopada 2010 r. Władimir Putin. Na dobę przed spotkaniem z Angelą Merkel opublikował w „Süddeutsche Zeitung” artykuł, w którym stwierdził: „Proponujemy utworzenie harmonijnej wspólnoty ekonomicznej od Lizbony po Władywostok”. Miała to być wielka przestrzeń współpracy gospodarczej wolna od wiz i ceł. Putin wabił gigantycznymi profitami. „W przyszłości będziemy mogli rozważyć utworzenie na tym obszarze strefy wolnego handlu albo innej, bardziej rozwiniętej formy integracji gospodarczej. Rezultatem byłby zjednoczony rynek w kontynentalnej skali o możliwościach idących w biliony euro”.

Propozycja złożona w niemieckiej gazecie na dobę przed rozmową z niemieckim kanclerzem adresowana była ewidentnie do Niemiec. Wspomniana mimochodem Unia Europejska znalazła się w roli listka figowego, niejako na marginesie porywającej wizji kontynentalnego duumwiratu, któremu drogę torował wielki projekt gazociągu podmorskiego Nord Stream. Rosyjski gaz miał nim płynąć do Niemiec, które mając kurek w ręku, stałyby się energetycznym kapo w pierwszym rzędzie dla Polski, Ukrainy i państw bałtyckich, a potem dla innych państw europejskich.

Oszałamiająca swym ogromem konstrukcja została przedstawiona pół roku po tragedii smoleńskiej, która zmiotła elitę polityczno-gospodarczo-wojskową Polski. W sytuacji, kiedy władzę w Warszawie przejął układ, który można było określać skrótowo nasz prezydent – wasz premier lub odwrotnie.

Trudno powiedzieć, jak Angela Merkel zareagowała w 2010 r. na propozycję Putina, ale z późniejszej i obecnej polityki Berlina wynika, że pozytywnie. Zwłaszcza że Niemcy od lat starały się samodzielnie pozbyć amerykańskiej obroży założonej w 1945 r. Hasło „przestrzeń od Lizbony po Władywostok” wracało echem w Moskwie i w Berlinie. Po ostatnim wyborze Putina myśl o wspólnej przestrzeni, tym razem w kontekście bezpieczeństwa, odgrzał w liście gratulacyjnym przewodniczący Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker. „Naszym wspólnym celem winno być przywrócenie opartego na współdziałaniu paneuropejskiego porządku bezpieczeństwa” – pisał Juncker, zapewniając, że chętnie będzie „partnerem w takim przedsięwzięciu”. List wywołał burzę protestów. Określono go jako „haniebny”, a nawet „wywołujący nudności”. Zapytany przez dziennikarkę BBC, dlaczego napisał taki list po użyciu przez Rosję broni chemicznej w Wielkiej Brytanii, Juncker odparł: – Zapytajcie się pani Merkel, czy to było słuszne. Rodzi się więc pytanie, czy przewodniczący Komisji Europejskiej wykonywał polecenie kanclerz Niemiec czy też chciał się włączyć do towarzystwa. Stanowisko Berlina jest bowiem jasne. Wprawdzie w odwecie za atak chemiczny na Wyspach Brytyjskich kolejne państwa i organizacje ponadnarodowe ekspulsują rosyjskich dyplomatów i liczba usuniętych przekroczyła już setkę, ale Federalny Urząd Żeglugi i Hydrografii wydał zgodę na budowę gazociągu Nord Stream 2, co w Niemczech kończy procedurę uzyskiwania zezwoleń na realizację tej inwestycji. Sygnał jest jasny. Niech psy szczekają, a my idziemy razem. Kontynuujemy wielki projekt Lebensraumu od Władywostoku po Lizbonę w partnerstwie naszych aktywów finansowych i technologicznych oraz waszych zasobów surowcowych.

Napisane przez dr Rafał Brzeski

https://warszawskagazeta.pl/polityka/item/5597-zimna-wojna-2-0-czy-przewodniczacy-komisji-europejskiej-wykonywal-polecenie-kanclerz-niemiec

   Talbot

za neon24.pl

„Od Władywostoku po Lizbonę”
Oceń artykuł
Udostępnij

Napisz co myślisz