Czy mają odwagę Stalina?

…czyli same pytania

Zrozumienie współczesności nie jest możliwe bez czytelnego ustalenia kto dąży do wojny światowej i to za wszelką ceną – a kto dałby równie dużo wiele, za jej uniknięcie. Kluczowe także dla naszej przyszłości i pytanie brzmi:  jak wiele? Takich zagadek jest zresztą więcej i warto sobie przynajmniej uświadomić sam fakt istnienia pytań, nawet jeśli nie znamy jeszcze na nie odpowiedzi. 

Póki co jasne wydaje się przede wszystkim jedno: Ameryka jest dziś jak wściekły pies, który w końcu musi kogoś ugryźć, więc ciągle gania i klapie szczęką. A potencjalni kandydaci do pogryzienia jak ten murzyn, który uciekając wkłada trampki. Nie po to, żeby być szybszym od psa, ale tylko od uciekającego najwolniej. Każdy kolejny dociskany przez USA: Korea, Chiny, Iran, Rosja stawia się, ale jednak osobno. Robi unik nie traci – ale i nie chcąc konfrontacji cieszy się, że jak w „Oszukać przeznaczenie” – na chwilę uniknął zagłady i teraz kostucha w stars and strips gania kogoś innego. Ale w nieskończoność tak przecież uciekać się nie da.

 

Kijowska lekcja

 

W lutym 2014 r. byłem w Kijowie. Chodziłem po prawie pustym już wówczas „Euromajadnie”, stanowiącym ledwie cień tego sprzed trzech miesięcy, służącym jako punkt handlu darami ubraniowymi z Polski i tło fotek dla turystów. Z tym żenującym obrazem udekorowanego flagami UPA i portretami  Bandery  śmietnika – kontrastował spokój, pewność siebie i zblazowanie moich rozmówców w centrali Patrii Regionów. Emanowali oni wręcz z zadowoleniem z tego, że teraz i Zachód, i Rosja będą musiały zabiegać o ich „życzliwość” (co otworzy zupełnie nowe możliwości zarobkowania), zaś cały ten bajzel na zewnątrz nie tylko mechanizm ten uprości, władzę wzmocni i co najwyżej pozwoli na kilka korzystnych dla młodszych kadr przesunięć w jej obrębie. A potem w ciągu kilku dni było po wszystkim. 

Przypominam sobie tamtych zadowolonych „regionałów” za każdym razem patrząc na siłę spokoju niektórych rosyjskich czynowników. Nie tylko dlatego, że prezydent  Władymir Putin  w jednym z wywiadów udzielił niedawno odpowiedzi na nurtujące mnie przez te lata pytanie: co tam u licha naprawdę zaszło? Tzn. nie na ulicach i nie po przewrocie, bo to akurat jasne – ale co powstrzymało prezydenta  Janukowycza  przed opanowaniem sytuacji, czyli rozwiązaniem, które – jak się wydawało – w każdej chwili było w zasięgu jego ręki. Jasne, geopolityczna gra prezydenta Ukrainy była przejrzysta. Janukowycz zapragnął być  Łukaszenką Alijewem, a swój kraj, dryfujący dotąd biernie w stronę Zachodu – zamienić w regionalnego gracza, o którego względy obie strony globalnej gry powinny zabiegać. Przecenił jednak zarówno własną pozycję, jak i bieżące możliwości Ukrainy, nie tożsame przecież z jej potencjałem. Mimo to Janukowycz grał jak umiał, w istocie chuchając i dmuchając na Majdan, który jeszcze w 2013 r. mógł rozgonić dwiema armatkami wodnymi. Dzięki biwakującym na placu Niepodległości – prezydent miał jednak (jak zakładał) kartę do gry z Rosją, a dzięki Rosji – do gry z Zachodem. I w ciągu jednego dnia przekonał się, że grać to można, jeśli ktoś nie kopnie stolika. Najważniejsze bowiem okazało się nie to, co sobie Janukowycz kombinował i planował – tylko to, co teraz przyznał prezydent Putin ujawniając się jako ten czynnik, który ostatecznie powstrzymał oficjalny Kijów przed użyciem siły, bo „Amerykanie o to poprosili” i – jak się od razu okazało – „oszukali”. 

To wyznanie Putina zrehabilitowało (nieco) Janukowycza, natomiast  kompromituje dyplomację i strategię rosyjską, która wprawdzie miała prawo gniewać się na Janukowycza, że nie jest marionetką, ale przecie jeszcze bardziej nie miała powodów wierzyć w jakieś układy z Waszyngtonem. Jasne, przed „Euromajdanem” Rosji wymykała się cała Ukraina, a tak chociaż uzyskała na niej przyczółki, chroniące przynajmniej część ludności rosyjskojęzycznej, trudno więc mówić o jakiejś znaczącej porażce Moskwy, raczej o nieuzyskaniu wszystkich – potencjalnie znacznie większych korzyści. Zasadnicze, także dla Polski i reszty środkowej Europy – pytanie brzmi jednak:  co Rosja i jej prezydent zrozumieli z ukraińskiej rundy konfrontacji z Ameryką i jakie wyciągnęli wnioski?  Bo te są im potrzebne dokładnie  teraz. 

I tu musimy wrócić do skojarzenia z samozadowoleniem „regionałów” – a mianowicie postawy rosyjskich elit, a poniekąd i całego społeczeństwa.

 

Putin z PiS

 

Przede wszystkim należy zauważyć, że prezydent Putin o tyle prowadzi nieco… PiS-owską politykę zagraniczną, że spora część jego urobków zewnętrznych – również dokonywana jest na użytek wewnątrzkrajowy. Oczywiście różnica jest taka, że – w przeciwieństwie do III RP – Federacja Rosyjska coś tam jednak na skalę międzynarodową zyskuje. Jasne, nie tyle, ile by mogła i ile wymagałaby jej racja stanu – ale zawsze. 

Fakty są bowiem takie, że jednocześnie nieuzasadniony jest rosyjski optymizm i samozadowolenie, sprowadzające się do odczucia, że „skoro Krym nasz – to wsio w pariadkie…!” i sprawy idą tylko w lepszym kierunku. Ale też i tak z kryzysu ukraińskiego Rosja, jak wspomniano wyżej –  wyszła póki co lepiej, niż wyjść mogła i miała. Nadto od tego czasu osamotniona wcześniej, jeszcze mniej aktywna i zagoniona w geopolityczny narożnik – Moskwa nieco się z niego wychyliła, kręci się po globie i znajduje partnerów (choć wciąż nie bardzo chce wiedzieć do czego). I znowu – nie tyle to zasługa polityki rosyjskiej, co raczej kolejne państwa zdobywają potencjał i decydują się na podjęcie geopolitycznych gierek, trochę szlakiem Białorusi. Tak bowiem należy interpretować politykę najpierw Azerbejdżanu, Turcji, poniekąd także Pakistanu. Ale to znów, jak na chybotce – analogiczne skłonności objawia też choćby Kazachstan, a na obszarze Azji Środkowej integracja eurazjatycka wprawdzie nie cofa się, ale i jakoś spektakularnie nie pogłębia. 

Fakt, że wszystko to są dowody na naturalność procesu bipolaryzacji świata, o którym cały czas mówi się i pisze, choć jego przeciwnicy zawsze będą starali się taki scenariusz przedstawić jako jakąs pro-lię czy -filię, nie bacząc, że chodzi po prostu o świat bez hegemona. Tylko czy współczesna Rosja jest w stanie utrzymać się w czołówce pracy nad takim przeorganizowaniem globu? Wbrew różnym bzdurom wypisywanym także i w Polsce – wszak i Stalin nie chciał wojny, w każdym razie nie w tamtym miejscu i czasie. A jednak ją przyjął – i wygrał.  Przyjaciele Rosjanie, czy macie wy odwagę Stalina?

 

Niecierpliwość Zachodu

 

Wewnątrz rosyjskiego systemu władzy niewiele na to wskazuje. Weźmy chociaż narzucające się rozróżnienie między Białorusią a Rosją na tle samego przebiegu procesu decyzyjnego. Na Białorusi, w Prusach Słowiańszczyzny – decyduje wola. Jeśli coś ma być zrobione – zostanie zrobione, bo tak na odpowiednim poziomie zadecydowano. W Rosji w analogicznej sytuacji i tak najważniejsza będzie forma. Druki, numery, pieczątki, załączniki, przed którymi najwyższą nawet wola musi ustępować lub przynajmniej w których grzęźnie.  Na Białorusi decyduje wola, w Rosji – forma. 

Do tego dochodzi oczywiście czynnik ludzki. Jego słabość, zbiurokratyzowanie, drabiny hierarchii i zależności, mechanizm awansowy, rozbudowanie no i wspomniane zadowolenie, w połączeniu z przekonaniem, że może być tylko lepiej – oczywiście samym zainteresowanym.  Gdyby Zachód tylko chciał poczekać – być może za kilka-kilkanaście lat Rosja sama wpadłaby mu w ręce,  w uporze kota pakującego łeb w reklamówkę, z której nie będzie jej mógł wyjąć i w której się udusi.  Tylko czy Zachód chce czekać? 

W podobnej sytuacji, 101 lat temu Rosja byłaby zachodnia w przeciągu najbliższego pokolenia, ten proces już trwał od kilkudziesięciu lat w mentalności elit, a od kilkunastu lat w gospodarce. Ale wtedy właśnie, Zachód, uosabiany i kierowany przez siły rządzące Zjednoczonego Królestwa – okazał się niecierpliwy, postanowił wziąć wszystko, szybko, obalił carat, przejął bezpośrednie rządy w ramach systemu rewolucji lutowej – i  obudził Rosję, która się krwawo i ciężko, ale  katechonicznymi rękami i wolą bolszewików  następnie obroniła. Czy scenariusz może powtórzyć się obecnie, kiedy Zachód może i wydaje się chcieć wziąć Rosję wojną i/lub upokorzeniem, zamiast spokojnie kontynuować jej infiltrację? A także jak dokładna byłaby ewentualna powtórka – i czy byłaby szansa, że skończy się tak samo jak w 1917 r. i później? 

Rosja, rosyjskie elity nie chcą wojny, chociaż jej wynik nie byłby tak oczywisty, jak wyobrażają sobie fani i lokaje Zachodu w Polsce. Po prostu, niezależnie od stanu własnych elit –   naród rosyjski cechuje znacznie większa determinacja i wola przetrwania, niż ktokolwiek dotąd był w stanie docenić  i co zburzyło już niejeden wrogi Rosji Wielki Plan Geopolityczny. Elity jednak walczyć nie chcą, bo o ile dla ośrodków władzy Zachodu wojna globalna może oznaczać zwiększenie wpływów, wzrost dochodów i ucieczkę do przodu przed bankructwem światowego systemu społeczno-ekonomicznego, o tyle górna warstwa Rosji myśli przede wszystkim w kategorii straty bezpośrednich wygód.

 

Geopolityka to nie ideologia

 

W związku z tym m.in. jest kilku autorów, także zresztą polskich, ale oczywiście przede wszystkim rosyjskich, krytycznych wobec obecnego układu władzy w Federacji, którzy uważają wojnę globalną właśnie za okazję rozwiązania także i tego wewnętrznego problemu Rosji. Ci z kolei wpadają w skrajność przeciwną wobec tych wierzących, że ze Wschodu przyjdzie jakieś wielkie wyzwolenie dla Polski i Europy. 

Mówiąc obrazowo, jest kilku kolegów, zachowujących się niczym ten amerykański (tfu!) turysta skarżący się papieżowi, że podczas pobytu w Rzymie nie udało mu się zobaczyć konklawe, a to ponoć największa atrakcja. Dla ta widzących świat – Putin, Xi, Kim i kto tam jeszcze to „miękkie cioty”, a w najlepszym razie „wraży agenci”, bo nie chcą natychmiast wszystkimi siłami rzucić się na USA. A przecież jedynym sensem istnienia Rosji, Chin, Korei, Iranu itd – jest sprawienie kolegom frajdy i pokazanie im jak wygląda pełnowymiarowa jawna wojna globalna, żeby oni się przekonali (?) co będzie później. Tymczasem zapewne rzeczywiście  nasze pokolenie będzie tym, które do światowego konfliktu na dużą skalę dożyje (co nie oznacza, że go przeżyje).  Nadal nie zmienia to jednak podstawowej prawdy, że przecież nie wojna jest celem polityki(ta bowiem w ogóle celu nie ma), a nawet losy imperiów (włącznie z tak bliskim perfekcji mongolskim) związane są ze  świadomym dążeniem do trwania, nie zaś samounicestwienia. 

Nie można też zgodzić się z poglądem, że brać powinnyśmy pod geopolityczną uwagę te tylko podmioty, które w danym momencie czynnie walczą z USA ani tylko te, które są Amerykanom ślepo posłuszne. Ba, powiem więcej – dla Polski  Rosja np. pozostałaby istotna geopolitycznie nawet, gdyby rządzili nią Sobczak z Nawalnym i nawet gdyby teraz zdezerterowała w Syrii – albo/zwłaszcza wtedy gdyby stała się stroną wojny światowej. Tym bowiem geopolityka różni się od ideologii. 

Moskwa zachowuje spokój, który wielu imponuje, innych straszy – ale wynika on też w dużej mierze z ograniczonej decyzyjności rosyjskiego ośrodka władzy. I tak Rosjanie póki co klasycznie już pozorują niektóre ruchy, zdając się sądzić, że ostrzegając świat przed wojną – jeszcze mogą ją powstrzymać. Oczywiście, jak zwykle przeceniają tzw. światową opinię publiczną, a ponadto co najwyżej odwleką starcie, które Zachodowi jest zwyczajnie potrzebne.

Nie dość bowiem, że społeczeństwa Zachodu od dawna już nie mają w tych sprawach nic do powiedzenia. Idą siłą bezwładu tam, gdzie gnają je wyższe interesy – te zaś sprowadzają się już wyraźnie do wojny jako celu, a nie tylko metody poszerzania wpływów i maksymalizacji zysków. I w tym przypadku nawet ustępliwość elit rosyjskich, ani ich skłonność do gierek a’la Janukowycz – niczego nie zmieni. 

Reasumując bowiem tak już wiele razy w przeszłości bywało, że Rosja okazywała się kluczowym ośrodkiem geopolitycznym nie dlatego, że jakoś usilnie tego chciała, a często pomimo tego, że mocno się zajęciu tej pozycji opierała – ale ze względu na pewien  geopolityczny fatalizm, wymuszający nieodmiennie takie same starcia i Wielkie Gry. 

I jednostki w tym wszystkim, acz niby ważne – równie dobrze mogły sobie przespać całą bitwę pod Borodino. A ona i tak się toczyła…

 

Polska alternatywa

 

A jak w tym wszystkim odnajduje się Polska, a przynajmniej te osoby i środowiska, które zdają sobie sprawę z naszego tragicznego położenia i nader niewesołych perspektyw? Cóż, po pierwsze – musimy mieć świadomość, że niezależnie jak się zakończy obecny kryzys, czy Rosja ustąpi, czy postawi na swoim i odstraszy Amerykanów (jak w 2013/14 i jak nawet pijakowi  Jelcynowi  udało się powstrzymać lądową inwazję na  Jugosławię  19 lat temu) –  słowem  z Rosją czy bez – to w końcu po prostu musi p…ć.  A my musimy być na to przygotowani. 

Po drugie – są sprawy nam bliskie albo wręcz dotykalne.  Patrzmy przede wszystkim na Donbas.  Być może mając zgodę amerykańską na podgrzanie atmosfery, a może tylko licząc na drapane – banderowcy gotowi są ponowić napaść na republiki ludowe. Przecież ta wojna w końcu gdzieś musi się rozpocząć…

 

Na razie bowiem:

 

– Trump odłożył swój wyjazd do Ameryki Południowej i zdążył postraszyć świat dwoma chaotycznymi twittami, 

– pojawiły się równie chaotyczne i sprzeczne sygnały tak o planowanych akcjach amerykańskich, jak i możliwych reakcjach rosyjskich 

– do odłożonej w czasie akcji i tak – oczywiście zupełnie niespodziewanie! – na ochotnika zgłosiła się zatroskana o prawa człowieka Arabia Saudyjska. 

Słowem to może być ten moment, kiedy Izrael znowu powinien coś wysadzić, zaatak… czynnie obronić lub odkr… podsunąć do odkrycia zachodnim mediom. Inaczej ten głupi goj znowu nie wykona roboty, do której został zatrudniony i wojna światowa wybuchnie nie wiadomo kiedy! No ile można płacić za tak niepewny interes?! Opcji jest zresztą multum, czemu np. Izrael nie miałby zrakietować sobie czegoś w Iranie? Albo Arabia Saudyjska mogłaby sobie przypomnieć, że w zasadzie już prawie zaczęła wojnę w Libanie. Umówmy się bowiem, nie po to się eskaluje – żeby przestać. A ustępstwa pociągną za sobą kolejne prowokacje.Tak to się mniej więcej zawsze odbywa… 

I co się stanie dalej? Niby to też wydaje się jasne: nikt przy zdrowych zmysłach nie planowałby chyba przecież lądowej inwazji na Rosję (ani na Iran, skoro już o tym mowa). Kolejne pytanie brzmi jednak:

 

Czy wszyscy są przy zdrowych zmysłach?

 

Oraz pytanie pomocnicze:

 

Czy na pewno znamy wszystkie fakty i okoliczności, mające wpływ na podejmowanie określonych decyzji?

 

I jeszcze jedna malutka zagwozdka, już czysto przyczynkarsko: czy jak już Amerykanie zaczną tę swoją upragnioną wojnę światową, to ktoś chociaż przedzwoni przedtem do Warszawy – czy już nie zdążymy się dowiedzieć? 

Nie chodzi także o to czyja analiza się sprawdzi, ani nawet kto dobrze obstawia ruchy na globalnej szachownicy. Ba, sam prorok  Jonasz  obraził się przecież, gdy mieszkańcy Niniwy posłuchali jego ostrzeżeń i nawrócili się, unikając zniszczenia karą Bożą. Na nawrócenie Polaków (do rozsądku) liczyć oczywiście nie można, ale gdyby nawet Har-Magedon miał zostać tylko odłożony – to przecież byłby to czas dany. Dany także Polakom. 

Dla naszego narodu bowiem tak jak trwanie w obecnym układzie geopolitycznym jest niczym więcej, niż samobójstwem – tak szukanie alternatywy nie może sprowadzać się do pocieszania się, że może coś zrobi za nas Putin czy ktokolwiek inny. Alternatywę zgodną z polską racją stanu i polskim interesem narodowym, dającą nam minimalne choćby szanse na przetrwanie –  może stanowić i zbudować tylko niepodległa Polska. I to jest nasze zadanie. 

Konrad Rękas 

   za neon24.pl

Czy mają odwagę Stalina?
Oceń artykuł
Udostępnij

Napisz co myślisz