Pokonać Rosję!

Rodacy! Policzmy się wreszcie ilu nas jest na świecie!

 

Ilu nas, Polaków, aktualnie znajduje się na świecie? Nikt dokładnie tego nie wie. A nie wie, ponieważ nasze instytucje do tego powołane także nie wiedzą. A przecież powinny wiedzieć. Bo jak można prowadzić mądrą i wiarygodną politykę zagraniczną dotyczącą naszych rodaków, kiedy nie mamy żadnej pewności, co do stanu posiadania. Ja już mniej więcej od 50 lat słyszę, że poza Polską mieszka 20 mln naszych braci i sióstr. Nie wchodźmy na trudny grunt definiowania narodowości.

Bo odpowiedzi będzie tyle, ile definicji. Powiedzmy najogólniej, że kryterium, według którego dokonujemy obliczeń, będzie sięganie do historycznych korzeni. Kto więc wie i czuje, że jego korzenie są polskie, może się poczuć obywatelem danego kraju pochodzenia polskiego. Dla celów publicystycznych to powinno wystarczyć. Jak więc wygląda sprawa z naszą populacją? Skoro 50 lat temu słyszałem w szkole, że jest nas poza krajem 20 mln, to ilu jest nas teraz?

Zacząłem grzebać po różnych statystykach i poniosłem klęskę. Nie ma jednego wiarygodnego źródła. Jest co najmniej kilka, a każde z nich prezentuje odmienne dane. W tej sytuacji, jak przed pół wiekiem, tak i teraz, dowiaduję się, że poza granicami Polski mieszka 20 mln naszych rodaków.

No, to poszukajmy ich. Najpierw przyjrzyjmy się Polonii. Polonusem nazywamy tego obywatela, którego rodzina na skutek migracji przybyła do jakiegoś kraju i tam już na stałe zamieszkała. Najwięcej naszych rodaków przebywa w Stanach Zjednoczonych, najprawdopodobniej 10 mln, w samym Chicago ok. półtora miliona, w Nowym Jorku ponad 700 tys., a w Detroit 400 tys., reszta zaś w pozostałych miastach, miasteczkach i na wsiach. Kolejne kraje wedle ilości polskiej migracji układają się następująco: Niemcy (2 mln), Anglia (2 mln), Brazylia (2 mln), Francja (milion), Kanada (milion). Dużo mniej w Australii, Włoszech, Hiszpanii, Portugalii, ale – jak się wydaje – nie ma kraju (nawet Oceania, Birma, Katar, Nepal, Salwador, Trinidad, Surinam, Antyle Holenderskie, Barbados, Mali oraz Antarktyda), gdzie by nie można było spotkać kilka lub kilkanaście polskich rodzin. Wszędzie tam powinny dotrzeć nasze służby dyplomatyczne. A czy docierają? O ile mi wiadomo, nie. W każdym razie nie wszędzie.

Mam nadzieję, że coraz liczniejsza grupa naszych Czytelników poza krajem po tym felietonie odezwie się i opowie nam, jak realnie wygląda opieka, by nie powiedzieć, współpraca Polonii z naszymi organizacjami i instytucjami odpowiedzialnymi za łączność z zagranicą. Miliony tamtejszych rodaków to tysiące problemów związanych z zachowaniem tożsamości narodowej, z nauką, oświatą, kulturą, mediami, religią. Jak sobie z tym wszystkim radzą polskie ambasady, konsulaty, ośrodki kultury?

To Polonia. Ale przecież istnieje też spora grupa Polaków w takich krajach, jak: Litwa, Łotwa, Estonia, Ukraina, Białoruś, Rosja, Czechy, Słowacja, którzy nigdzie nie emigrowali, ale na skutek przesuniętych granic i często zabranych nam ziem pozostali u siebie w domu i czują się, właśnie, Polakami. Nie żadną Polonią, jak często bezmyślnie nazywają ich niedouczeni dyplomaci. Są więc Polakami i borykają się z ogromnymi problemami. Nie tylko materialnymi, egzystencjalnymi, choć w wielu przypadkach, np. na Ukrainie, żyje się im bardzo ciężko. Ale trwają i kultywują polskie tradycje. W tym przypadku także nie ma jednolitych statystyk. I nie wiadomo na dobrą sprawę, ilu Polaków dzisiaj mieszka na Litwie, na Ukrainie, na Białorusi czy w Rosji.

Ten bałagan w liczbach to straszny grzech zaniedbania polskiej dyplomacji. A liczby wiążą się z nauką, oświatą, kulturą, życiem społecznym, przepływem ludności, migracją. Na zdrowy rozum nie da się pojąć, jak mógł ambasador Piekło, a wcześniej też minister Waszczykowski, dopuścić do tego, by polskim językiem państwo ukraińskie pomiatało, by nie pozwalało na rozwój polskiej kultury i edukacji, nie mówiąc już o nauce. To pierwszy przykład z brzegu. Ale przytoczmy liczby. Podobno w 1981 r. znajdowało się w granicach obecnego państwa ukraińskiego 220 tys. osób narodowości polskiej, a 20 lat później, w 2001, liczba ta spadła do 144 tys. tysięcy. Jednak nieoficjalnie szacuje się, że na Ukrainie może mieszkać 500 tys. Polaków, a nawet milion, ale tak są zdławieni i wystraszeni, że wolą się nie przyznawać do polskiego pochodzenia.

Tak czy inaczej, zaniedbania polskiej mniejszości przez Warszawę są dramatyczne, nie mówiąc o narastającej presji środowisk banderowskich na przemilczanie zbrodni ludobójstwa. Na początku marca we Lwowie doszło do wielkiej antypolskiej manifestacji sił banderowskich, w trakcie której wielokrotnie wznoszono okrzyki: „Nie ma Lwowa dla polskich panów”. A ambasador Piekło milczy. Nowy minister spraw zagranicznych także nie reaguje.

Nie wiemy też, ilu dokładnie Polaków mieszka na Litwie: 234 tys., 240 tys., 250 tys., 300 tys., a nawet 500 tys. Dzielnie walczą nasi rodacy, by ich nazwiska miały polskie brzmienie, a nazwy ulic tam, gdzie mieszkają w większości, pisane były w obu językach, polskim i litewskim. Warto też wspomnieć o dramacie polskiego szkolnictwa, kultury, mediów i języka, którym coraz mniej mieszkańców tego kraju mówi.

A jak wygląda sprawa polska na Białorusi i w Rosji? Na Białorusi według ich spisu ludności znajduje się obecnie ok. 300 tys. obywateli z polskimi korzeniami. Ale według nieoficjalnych danych jest ich tam 500 tys., a nawet 1 200 tys. Rozpiętość ogromna. I nie da się tego zweryfikować. Jak można w tej sytuacji sensownie organizować życie narodowe w tak mglistej statystyce?! A w Rosji? Do polskiego pochodzenia przyznaje się 73 tys. obywateli. Ale setki tysięcy ludzi ukrywa lub nie wie nic o swoich polskich korzeniach, są niemal całkowicie zrusyfikowani. Co robi polskie państwo, by pobudzić do życia w polskości chociażby tych, którzy się bronią ostatkiem sił przed zatonięciem w żywiole rosyjskim? Nic.

Dotknąłem ledwie powierzchni trudnego i skomplikowanego zjawiska Polonusów i Polaków za granicą. Przy mądrej polityce zagranicznej każdy nasz rodak to ambasador polskości. Ale takiej mądrej polityki nie mamy. Może nowy premier, Mateusz Morawiecki, zrobi z tym wreszcie porządek. I nierobów wywali na łeb na szyję.

www.srokowski.art.pl

Napisane przez Stanisław Srokowski

Na portalu Brilliantmaps.com za pośrednictwem Wykop.pl, znalazłem taką oto mapkę genetyczną Europy, z której wynikają bardzo ciekawe rzeczy. Otóż najwyraźniej Rosja ma mniejsze prawo przypisywać sobie palmę pierwszeństwa pośród ludów słowiańskich, ponieważ w sensie genetycznym jest mniej słowiańska niż Polska. A Niemcy? Niemcy więcej mają w sobie Celtów czy Fryzów niż Nordyków. A to ci niespodzianka;)

Najbardziej słowiańskim krajem nie jest Rosja tylko Polska, a Niemcy wcale nie są najbardziej germańskim. Mapa genetyczna Europy

   Talbot

za neon24.pl

Pokonać Rosję!
Oceń artykuł
Udostępnij

Napisz co myślisz