Pokój brzeski, czyli koniec orientacji na Austrię i Niemcy

traktat.jpg
100 lat temu państwa centralne zawarły układ z Ukraińską Republiką Ludową oddając im polską Chełmszczyznę o część Podlasia, co było wstrząsem dla polskiej opinii publicznej, w tym także dla ośrodków stawiających w tej wojnie na Państwa Centralne. Okazało się, że Polska wykrojona przez Austrię i Niemcy to państewko nie tylko bez zaboru pruskiego, ale także bez wschodnich rubieży Królestwa Polskiego.

Traktat brzeski z Ukrainą był końcem opcji proniemieckiej w Polsce i zakończył spór o orientację polityki polskiej na korzyść Romana Dmowskiego. Od tej chwili już tylko Roman Dmowski miał karty w grze. Niemcy zagrali po raz ostatni swoimi karatami w listopadzie 1918 roku wypuszczać z Magdeburga Józefa Piłsudskiego, który miał zapobiec objęciu władzy w Królestwie przez Narodową Demokrację.

Poniżej przedstawiamy fragmenty książki „Odbudowanie Polski 1914-1921” wybitnego działacza Stronnictwa Narodowego na emigracji – Tadeusza Piszczkowskiego. (1904-1990) Był on także długoletnim publicystą londyńskiej „Myśli Polskiej”. Przypominamy ten tekst, bo są środowiska, które obchodzą 100-lecie „ukraińskiej niepodległości”, zapominając co to dla Polski wówczas oznaczało:

„Rokowania w Brześciu rozpoczęte zostały ze strony bolszewickiej wielką kampanią propagandową, która przeznaczona była w mniejszym stopniu dla przybyłych tam przedstawicieli państw centralnych oraz ich sojuszników, jak dla opinii międzynarodowej. Zwrócona też była do ludności b. terytoriów rosyjskich okupowanych przez wojska niemieckie i austro-węgierskie. Kampania ta poniekąd wyprzedziła nawet rokowania.

Już 16 listopada, więc zaledwie w dziesięć dni po objęciu władzy w Piotrogradzie, Rada Komisarzy Ludowych ogłosiła „deklarację praw narodów Rosji”, w której proklamowane zostało m.in. prawo tych narodów do swobodnego samookreślenia, aż do oderwania się i utworzenia niepodległego państwa włącznie. Hasło samostanowienia narodów zaczynało być już głośne w tym czasie, podkreślenie go jednak ze strony nowych władców Rosji miało oczywiście swoje znaczenie, skoro nikt nie mógł jeszcze przewidzieć jak będzie ono przez nich w praktyce stosowane.

W tym momencie zarówno Polacy, jak i inne narody wchodzące dotąd w skład cesarstwa rosyjskiego, mogły się na tę deklarację powoływać. Obecnie, w Brześciu, przewodniczący delegacji bolszewickiej Joffe wystąpił z wielopunktowym programem pokojowym, w którym znajdowały się takie zasady, jak nieanektowanie terytoriów zdobytych siłą, całkowite wskrzeszenie niepodległości narodów, które zostały jej pozbawione w czasie wojny, zapewnienie „narodowym grupom”, które przed wojną nie posiadały samodzielności politycznej, możności zadecydowania drogą wolnego plebiscytu o przynależności do takiego lub innego państwa, względnie o swej państwowej samodzielności.

Z charakteru tych i podobnych zasad wynikało, że delegacja bolszewicka nie ogranicza się w swoim programie pokojowym do sprawy rokowań z państwami centralnymi, lecz zgłasza jak gdyby wzór dla innych traktatów pokojowych, tak sformułowany, aby mógł przemawiać do pragnień najszerszych mas — ponad głowami ich rządów.

Delegaci państw centralnych w lot uchwycili sens tego programu bolszewickiego i w teorii zgodzili się z większością zgłoszonych przez przeciwną stronę zasad a właściwie haseł, odrzucając je tam jednak, gdzie im wyraźnie nie dogadzały. Niezależnie też od tych pięknych haseł wysuwały raz po raz konkretne postulaty, których liczba rosła w miarę dojrzewania ich planów, a także posuwania się ich wojsk. Najpierw więc przewodniczący stałej delegacji niemieckiej, gen. von Hoffmann oświadczył, że sprawa przyszłości Polski, Litwy i Kurlandii musi być traktowana jako kwestia bezpośredniego porozumienia się Wiednia i Berlina z ludnością tych krajów. Ze strony sowieckiej wyrażono na to zgodę pod warunkiem, że ludność ta wypowie się w plebiscytach, bez nacisku wojskowego państw centralnych.

Na tym dn. 28 grudnia (1917) rokowania zostały na krótki okres czasu przerwane. Kiedy jednak nastąpiło ich wznowienie 8 stycznia 1918 r., delegację sowiecką, teraz pod przewodnictwem Lwa Trockiego, czekała sensacyjna niespodzianka. Do Brześcia przybyli bowiem delegaci ukraińskiej Centralnej Rady i zasiedli wśród uczestników konferencji. Państwa centralne, które odmówiły do niej wstępu delegacji z ramienia warszawskiej Rady Regencyjnej, gości ukraińskich przyjęły z wielkimi honorami. Nadzieje na legendarne zapasy zboża ukraińskiego czyniły swoje.

Działały one zwłaszcza na nastroje delegacji austriackiej i jej przewodniczącego Czernina, któremu cesarz Karol w listach z Wiednia w czarnych barwach malował sytuację żywnościową Monarchii. Pomimo też protestów bolszewików, którzy sprowadzili konkurencyjną delegację ukraińską z Charkowa, państwa centralne uznały Ukraińską Republikę Ludową jako państwo niepodległe i suwerenne i 9 lutego (1918) zawarły z nią traktat pokojowy. W postanowieniach jego okazały się bardzo hojne, szafując cudzymi ziemiami, m.in. włączając do fikcyjnego jeszcze państwa ukraińskiego Chełmszczyznę i Podlasie, które miały być oderwane od Królestwa Polskiego. W uzupełnieniu tego traktatu zawarty został tajny układ austriacko-ukraiński, w którym Austria przyrzekła utworzenie osobnego „kraju koronnego”, ze stolicą we Lwowie, na obszarach Wschodniej Galicji i Bukowiny — oraz przekazanie jego administracji w ręce ukraińskie.

ukraina map.jpg
Na zielono – ziemie przyznane „Ukrainie” przez Austrię i Niemcy

Wiadomość o tych postanowieniach i o planowanym zamachu na ziemie polskie, nie od razu dotarły do społeczeństwa polskiego, nie było ono bowiem w Brześciu reprezentowane. Jeżeli chodzi o delegację bolszewicką, która dosyć spokojnie przyjmowała zapowiedzi państw centralnych, dotyczące Polski (Królestwa), Litwy i Kurlandii, w sprawie Ukrainy straciła ona tę swoją flegmę i zerwała rokowania.

Odpowiedzią jej na traktat „ukraiński” było słynne oświadczenie Trockiego „ani pokój, ani wojna”
, po czym wyjechała ona z Brześcia. Było ironią losu, że tego samego niemal dnia, w którym zawarty został w Brześciu traktat pokojowy pomiędzy państwami centralnymi a delegacją ukraińską, Kijów i znaczna część prawobrzeżnej Ukrainy wpadły w ręce bolszewickie. Nie na wiele się to jednak przydało bolszewikom. Dnia 17 lutego rząd niemiecki wypowiedział im zawarty przed dwoma miesiącami rozejm i wojska niemieckie pomaszerowały naprzód, dochodząc na północy do Zatoki Fińskiej, pod Petersburg, na południu zaś dotarły do Kijowa. Już po jego zajęciu przez Niemców dn. 1 marca i po wprowadzeniu tam przez nich z powrotem Centralnej Rady, dołączyły do nich wojska austriackie, by zaznaczyć swoją obecność na Ukrainie.

Zagrożeni teraz zupełną klęską i zaniepokojeni o swoją przyszłość bolszewicy nie mieli innej alternatywy, jak wysłać z powrotem swoich delegatów do Brześcia. Dnia 3 marca zawarła Rosja upokarzający traktat pokojowy z mocarstwami centralnymi i ich sprzymierzeńcami, równający się całkowitej kapitulacji. Zrzekła się ona w nim wszelkich pretensji do Polski (Królestwa), Litwy i Kurlandii oraz zobowiązała do uznania niepodległości Ukrainy i do zawarcia z nią traktatu pokojowego, akceptującego wszystkie postanowienia traktatu brzeskiego z 9 lutego.

Tym samym traktatem musiała Rosja poczynić również ustępstwa na rzecz Turcji, na pograniczu kaukaskim. Granicę zachodnią Rosji określała linia zaczynająca się na północ od Rygi nad Zatoką Ryską, po czym w dalszym przebiegu była ona zbliżona do granicy drugiego rozbioru Polski, do miejsca w którym zbiegała się z północną granicą gigantycznej na mapie, „Ukraińskiej Republiki Ludowej”, na samym Polesiu.

Linia ta wyraźnie wskazywała, że zaplanowana w Berlinie Litwa obejmować będzie obok b. guberni kowieńskiej również obszary b. guberni grodzieńskiej i wileńskiej. I choć w myśl artykułu 3 traktatu o losie odstąpionych przez Rosję obszarów Niemcy i Austria zadecydować miały „w porozumieniu z ich ludnością”, z porównania tego traktatu z traktatem, ukraińskim z 9 lutego jasno wynikały zamysły cesarskich sprzymierzeńców proklamowanego przez nich Królestwa Polskiego. Polska okrojona już na południowym wschodzie, niechybnie zostanie obcięta także na północnym wschodzie, zanim dowie się o „poprawkach granicznych” na zachodzie i na północy.

Zanim nastąpiło podpisanie traktatu pokojowego z Rosją, społeczeństwo polskie znajdowało się już w stanie rewolty politycznej a właściwie i faktycznej wojny z państwami centralnymi. Wieść o postanowieniach ich poprzedniego traktatu z Ukraińcami oraz ujawnienie „tajnego”, ale nie dającego się ukryć przed Polakami układu w sprawie Galicji Wschodniej, wywołały prawdziwą furię oburzenia i wściekłości, która zwracała się w pierwszym rzędzie przeciw zdradzieckiemu rządowi austriackiemu. Dowody cynizmu i niezmiennej wrogości rządu niemieckiego i przywodzących mu władz wojskowych nie mogły Polaków zadziwić. Galicję objęła fala demonstracji politycznych a nawet rozruchów, z których główne były we Lwowie i w Krakowie.

We Lwowie oddział stacjonowanego tam w tym czasie wojska niemieckiego oddał salwę do manifestującego tłumu, czego ofiarami byli dwaj uczniowie szkolni, Czerkas i Wodzic
ki. Później odbył się manifestacyjny pogrzeb, któremu władze nie śmiały czynić przeszkód. Zajściom tym i manifestacjom towarzyszyły interpelacje i ataki na rząd z polskiej strony w parlamencie wiedeńskim i w izbie panów oraz masowe zwracanie orderów rządowi i cesarzowi Karolowi, który w oczach opinii polskiej przestał istnieć. Skończyła się też w tym momencie w Galicji bezpowrotnie idea „rozwiązania austro-polskiego”, którą odtąd wyznawać mogła tylko garstka fanatycznych lojalistów bez żadnego wpływu w społeczeństwie.

Jednocześnie zaszedł fakt dużego znaczenia politycznego i moralnego. Było nim wypowiedzenie posłuszeństwa władzom wojskowym austriackim przez Polski Korpus Posiłkowy, czyli pozostałe jeszcze jednostki zbrojne dawnych Legionów. Jednostki, stojące na pograniczu besarabskim pod Rarańczą, podjęły 15 lutego, pod dowództwem brygadiera Józefa Hallera, próbę przebicia się na drugą stronę frontu. Próba nie w pełni się powiodła — i tylko części wojska polskiego, o sile ok. 2 tysięcy udało się przełamać kordon wojsk austriackich i węgierskich i plan swój wykonać.

Większa część korpusu została zatrzymana przez dotychczasowych „towarzyszy broni” i internowana. Ale sens polityczny tego aktu zbrojnego żołnierza polskiego był bardzo doniosły: był równoznaczny z zerwaniem sojuszu wojennego z Austro-Węgrami i Niemcami i stawiał dawnych legionistów w rzędzie sprzymierzeńców Koalicji.

Kiedy Haller przebiwszy się ze swymi oddziałami na Podole i połączywszy z organizującymi się tam oddziałami II Korpusu wojsk polskich w Rosji, nawiązał kontakt z przebywającymi w otoczeniu króla rumuńskiego przedstawicielami Francji, Anglii, Stanów Zjednoczonych i Włoch, mógł zwracać się do nich jako sprzymierzeniec i jako sprzymierzeniec został przez nich potraktowany. Kontakt z nimi upamiętniony został ich zbiorowym oświadczeniem z dn. 2 marca 1918 r., w którym w imieniu szefów swoich rządów zapewnili przedstawicieli swoich nowych wojennych sojuszników, że państwa Ententy uważają wszelkie traktaty, zawierane bez ich udziału oraz gwałcące prawa narodów, za niebyłe i nieważne. Oświadczyli przy tym, że jednym z głównych celów wojennych Sprzymierzonych jest w tej wojnie odbudowa Polski w jej granicach geograficznych, i historycznych, zapewniających jej konieczne podstawy rozwoju narodowego i ekonomicznego. Będzie to również jednym z warunków pokoju po zwycięskim dla aliantów zakończeniu wojny.

Dalsze losy II Korpusu, podobnie jak i innych formacji polskich na obszarze Rosji, stanowią osobną kartę naszych dziejów: niepowrotnie straconych okazji. Wiążą się w niej i błędy dowódców i winy polityków polskich w Rosji ,w pierwszym rzędzie Lednickiego. Ci bowiem, dla względów partyjnych tamowali rozwój i organizację wojska polskiego, pod auspicjami „Naczpola” w pierwszej fazie, w drugiej zaś przyczynili się do likwidacji tego, co dzięki inicjatywom indywidualnym lub zbiorowym wysiłkom, zdołano stworzyć. Czynili to w pierwszym rzędzie z obawy, aby wojska tego nie wykorzystała ND — i dlatego woleli, aby go w ogóle nie było. Stwierdza to świadek bezstronny, bo zbliżony raczej do nich, niż do Narodowej Demokracji, Tadeusz Hołówko, który z ramienia PPS w Warszawie oraz POW przedostał się z Królestwa na Ukrainę na początku 1918 r. W książce swojej pt. „Przez dwa fronty”, zdaje on rzetelną relację z tego, czego był naocznym świadkiem, stwierdzając: „Jedynie Narodowa Demokracja wraz ze swymi zwolennikami, występując pod formą Rady Międzypartyjnej, zajęła wyraźnie pozytywne stanowisko w sprawie tworzenia armii… Stanowisko Rady Międzypartyjnej dało lewicy bezpośredni powód do zwalczania działalności „Naczpola”.

II Korpus nawiązał zrazu kontakt z przedstawicielami Sprzymierzonych i z frontem rumuńskim, ale wkrótce później znalazł się w niezwykle trudnym położeniu. Przedzierać się ku Rumunii nie miało żadnego celu. Rumunia bowiem, wobec kapitulacji Rosji i obsadzenia Ukrainy przez wojska państw centralnych, wkrótce sama zdecydowała się pójść za przykładem Rosji, prosząc te mocarstwa o pokój. Pokój zawarty w Bukareszcie dn. 7 maja 1918 r. zawierał dotkliwe dla Rumunii postanowienia, zmuszając ją do znacznych ustępstw terytorialnych na rzecz Austro-Węgier i Bułgarii, oraz do olbrzymich świadczeń w naturze dla potrzeb wygłodzonej ludności państw centralnych (zboże) oraz ich machiny wojennej (nafta).

Nie mogąc liczyć już na Rumunię i dlatego zapewne odrzucając kierunek na Morze Czarne, Haller starał się przebić ku większym siłom polskim, znajdującym się na północ od Ukrainy. Nie było to zadanie łatwe wobec jednoczesnych ruchów wojsk niemieckich i austro-węgierskich, spieszących na wschód w wykonaniu umów brzeskich. Prawdą jest również, że dowódcy polscy, ci z Legionów i z armii rosyjskiej, nie bardzo ze sobą zgrani, działali zbyt powolnie i dali się wciągnąć w zaproponowane im pertraktacje z dowództwem nieprzyjacielskim. W rezultacie, korpus polski podstępnie otoczony przez przeważające siły niemieckie pod Kaniowem, został przez Niemców w rozpaczliwym boju rozbity i rozproszony 11 maja. Gen. Haller z grupą oficerów i żołnierzy zdołał się uratować z pogromu, następnie zaś przedostać na Murmań do znajdujących się już tam oddziałów alianckich. Stamtąd odesłany został do Francji, gdzie stanąć miał na czele formującej się „błękitnej armii”, nazwanej później „hallerczykami”.

Traktat brzeski z 9 lutego był ciężkim ciosem dla prestiżu Rady Regencyjnej i jej rządu z Janem Kucharzewskim na czele.
Kucharzewski, aktywista świeżej daty, ale dotąd pełen optymizmu i zapału, teraz po niepowodzeniu swej polityki i po osobistych upokorzeniach, nie dopuszczony do rozmów w Brześciu i na próżno o to zabiegający na przemian u Austriaków i u Niemców, podał się do dymisji. Rada Regencyjna, która w swoim oświadczeniu traktat z 9 lutego nazwała „nowym rozbiorem Polski”, konsekwencji z tego wiarołomstwa nie wyciągnęła. Opróżnione po Kucharzewskim niewdzięczne stanowisko premiera przy okupantach, zajął skarbowiec galicyjski, Jan Kanty Steczkowski.

Najbardziej zdecydowanie i najskuteczniej wystąpiła reprezentacja polska w parlamencie wiedeńskim i pod jej naciskiem ustąpić musieli minister spraw zagranicznych dwój-monarchii Czernin i premier austriacki Seidler: Czernin, jako współautor układów brzeskich, Seidler zaś, jako autor projektu podziału Galicji. Obu starał się uratować niefortunny Karol I, Koło Polskie było jednak niewzruszone w swojej opozycji, do której przyłączyli się posłowie czescy i południowo-słowiańscy. Rząd austriacki tłumaczył się jak umiał — i aby przebłagać Polaków wyjednał u rządu Rzeszy poprawki do traktatu ukraińskiego. Poprawki te w formie protokółu dodatkowego narzucone zostały bardzo niechętnym Ukraińcom. Protokół postanawiał, że granicę pomiędzy Polską a Ukrainą wytyczy mieszana komisja z udziałem w równej liczbie przedstawicieli państw centralnych, Polski oraz Ukrainy, zgodnie z warunkami etnicznymi.

Społeczeństwo polskie w Galicji nie darowało jednak Monarchii i jej cesarzowi popełnionego w Brześciu wiarołomstwa i obojętnie przyjmowało wszelkie próby przejednania go. Nowy minister spraw zagranicznych Burian starał się o powrót do koncepcji austro-polskiego rozwiązania, prowadząc w tej sprawie niekończące się rozmowy z rządem niemieckim i cesarzem Wilhelmem II. Burian występował teraz z nowym projektem unii personalnej Polski z Austrią i Węgrami, pod wspólnym monarchą, cesarzem Karolem. Projekt ten Niemcy odrzucali, domagając się, by Polska była „oddzielnym państwem buforowym”, pod własnym królem, choć oczywiście związana węzłami politycznymi, gospodarczymi i wojskowymi z obu cesarstwami.

Ostatecznie byli gotowi zgodzić się, aby królem polskim został Habsburg, arcyksiążę Stefan z Żywca, odrzucali natomiast kategorycznie ideę unii personalnej z Austrią. Rada Regencyjna chętnie myśl tę przyjmowała, tym bardziej, że przedstawicielowi Rady, ks. Januszowi Radziwiłłowi, Wilhelm II w czasie spotkania z nim w Spa, dawał do zrozumienia, że w tym wypadku nie zajdą żadne poważniejsze „poprawki” granicy polsko-niemieckiej i że Chełmszczyzna pozostałaby przy Polsce. Natomiast w razie unii personalnej z Austrią Polska musiałaby ponieść duże ofiary terytorialne na rzecz Niemiec, w postaci „pasa bezpieczeństwa” wzdłuż całej granicy.

Rozmowy prowadzone najczęściej w kwaterze polowej Wilhelma II w Spa nie znajdywały już żadnego oddźwięku wśród szerszych kół społeczeństwa polskiego: ani w Królestwie, ani w Galicji, ani tym bardziej w zaborze pruskim. Rada Regencyjna jednak i jej coraz mniej liczni zwolennicy byli jak gdyby urzeczeni potęgą Niemców oraz ich pewnością siebie, z jaką sobie poczynali na wschodzie, na zachodzie zaś znajdując się na pozór u progu zwycięstwa. Byli też pod wrażeniem wypadków zachodzących w Rosji pod panowaniem bolszewickim — i z dwojga złego woleli Niemców od bolszewików. Zapominając więc o Brześciu i z chęcią ratowania dla Polski co się da — w ich przekonaniu, Rada Regencyjna i jej obóz weszły ponownie na drogę ścisłego współdziałania z Państwami Centralnymi.

Z okresem tym wiąże się smutny epizod likwidacji przez Niemców I Korpusu polskiego w Rosji, pod dowództwem gen. Dowbór-Muśnickiego. Korpus ten w sile ok. 25 tys. ludzi z chwilą opanowania w Rosji władzy przez bolszewików zerwał wszelki kontakt z rozpadającą się armią rosyjską i w rejonie Bobrujska, na krańcach dotychczasowego frontu rosyjsko-niemieckiego, stanął garnizonem. W rejonie tym stworzył następnie jakby małe „państewko” wykorzystując stan „ani wojny ani pokoju”. Kiedy jednak wojska niemieckie posunęły się w lutym 1918 r. naprzód, Muśnicki nie chcąc ryzykować samodzielnej akcji na obszarach podległych władzy bolszewików, porozumiał się z Radą Regencyjną i jej się podporządkował.

Przy jej pośrednictwie też zawarł 26 lutego układ z niemieckim dowództwem, który gwarantował mu na pozór neutralność. Uczynił to mimo przeciwnych zabiegów ze strony Polskiej Rady Międzypartyjnej w Rosji i jej delegata Jerzego Zdziechowskie-go, który doradzał mu marsz za Dniepr, wykorzystując w dalszym ciągu panujący w Rosji bezład. [Jerzy] Zdziechowski uzyskał nawet zgodę na taki przemarsz bolszewickiego dowództwa frontu. Działo się to zanim bolszewicy skapitulowali przed Niemcami w Brześciu — i kiedy Haller przebijał się na wschód ze swym korpusem. Według planów Rady Międzypartyjnej wszystkie polskie jednostki, omijając Niemców, miały się kierować na wschód, by się tam połączyć, następnie zaś szukać łączności ze Sprzymierzonymi”.

Muśnicki niedługo cieszył się swoją neutralnością. Niemcy bowiem, po zlikwidowaniu frontu rumuńskiego, postanowili usunąć ten zawadzający im klin polski. Jednocześnie więc z akcją podjętą przeciw korpusowi Hallera na Ukrainie zabrali się i do korpusu Muśnickiego. Korpus jego został ze wszystkich stron otoczony przez oddziały niemieckie i postawiony wobec żądania złożenia broni i repatriacji do Królestwa. O żądaniach tych Beseler powiadomił uprzednio Radę Regencyjną. 26 maja po bezowocnych próbach grupy oficerów „piłsudczyków” skłonienia Muśnickiego do oporu nastąpiła kapitulacja korpusu. Muśnicki bronił się później, że był przez cały czas błędnie informowany przez Radę Regencyjną. Nie tłumaczy go to jednak z zarzutu, że dał się tak łatwo podejść Niemcom, a przedtem tak mało uczynił, by ułatwić koncentrację sił polskich na terenie Rosji, lekceważąc czynione o to starania”.

Tadeusz Piszczkowski, „Odbudowanie Polski 1914-1921. Historia i Polityka”, Londyn 1969, ss. 96-103.

Na zdjęciu: delegacja niemiecka w Brześciu

   za www.mysl-polska.pl

Pokój brzeski, czyli koniec orientacji na Austrię i Niemcy
Oceń artykuł
Udostępnij

Napisz co myślisz