Rząd spieszy się z ustawami klimatycznymi. Zapłacą podatnicy.

Rząd premiera Morawieckiego spieszy się z projektami ustaw klimatycznych, bardzo kosztownych dla społeczeństwa, które jeśli zostaną uchwalone i podpisane przez prezydenta, zasadniczo zmienią nasz kraj.

 

Szczyt COP 24 i poprawka dauhańska

Jeszcze w grudniu trafił do Sejmu projekt ustawy dotyczącej organizacji szczytu COP 24 w sprawie zmian klimatycznych. Konferencja będzie kosztować budżet państwa około 130 mln złotych.

To może i nie tak dużo, w porównaniu z innymi miliardowymi wydatkami z budżetu państwa, ale sam szczyt ma służyć przyjęciu konkretnych rozwiązań, których nie udało się tego wyegzekwować podczas ostatnich spotkań klimatycznych, począwszy od 2015 roku. Jeśli zostaną wprowadzone, państwa zobowiążą się do wpłacenia w ciągu najbliższych trzech lat łącznie 100 miliardów dolarów na tzw. zielony fundusz. Ten zaś ma pomagać państwom z Południa w zbudowaniu infrastruktury potrzebnej do rozwijania interesów korporacji międzynarodowych.

Jak dotąd udało się pozyskać znikomą sumę. Potencjalne zobowiązania przyjęte podczas grudniowego szczytu COP 24 w Katowicach mogą być niezwykle obciążające dla każdego z nas.

O wiele gorsza w tym kontekście wydaje się decyzja rządu o ponownym forsowaniu – długo blokowanej – tzw. poprawki dauhańskiej i projektu ustawy o elektromobliności. To „konik” obecnego premiera. Poprawka dauhańska do protokołu z Kioto została już raz odrzucona przez prezydenta Dudę.

W 1992 r. państwa członkowskie ONZ wzięły udział w konferencji poświęconej środowisku i rozwoju (UNCED), znanej jako Szczyt Ziemi w Rio. Spotkanie doprowadziło do podpisania umowy znanej pod skrótem UNFCCC. Głównym jej celem było osiągnięcie stabilizacji stężeń gazów cieplarnianych w atmosferze na poziomie, który zapobiegałby niebezpiecznej ingerencji w system klimatyczny. Taki poziom powinien zostać osiągnięty w pewnych ramach czasowych wystarczających, aby umożliwić ekosystemom naturalne przystosowanie się do rzekomych zmian klimatu.

Traktat wszedł w życie w 1994 roku, wsparło go 197 państw. Od 1995 roku strony spotykają się co roku, by dyskutować o krokach zmierzających do rozwiązania rzekomego problemu globalnego ocieplenia wywołanego działalnością człowieka.

Z kolei podpisany w 1997 roku Protokół z Kioto zobowiązał 37 uprzemysłowionych krajów do prawnie wiążących celów redukcji gazów cieplarnianych. Umowa obejmuje dwa okresy realizowania zobowiązań: pierwszy został wyznaczony na lata 2005-2012, kolejny ma zostać wdrożony pomiędzy 2013 a 2020 rokiem.

Właśnie ten drugi okres, będący konsekwencją tzw. poprawki dauhańskiej, wymaga od stron zmniejszenia emisji gazów cieplarnianych o 18 procent poniżej poziomu z 1990 r.

Spośród 37 państw uczestniczących w protokole z Kioto, tylko 7 ratyfikowało poprawkę z Doha. Uznając jej ogromne konsekwencje ekonomiczne oraz fakt, że redukcja gazów cieplarnianych nakreślona w protokole z Kioto miałyby niewielki lub żaden wpływ na prognozowane ocieplenie, Stany Zjednoczone nigdy nie ratyfikowały protokołu z Kioto.

Kanada wycofała się z umowy w 2012 r. Japonia, Rosja i Nowa Zelandia stwierdziły, że nie wezmą udziału w drugim okresie rozliczeniowym, wymagającym dodatkowych redukcji emisji gazów cieplarnianych ze względu na ogromne potencjalne obciążenie dla gospodarki.

W 2015 roku przywódcy z całego świata zwołali w stolicy Francji konferencję na temat zmian klimatu. Porozumienie osiągnięte pod koniec spotkania wyznaczyło cel osiągnięcia progu ocieplenia poniżej 2 stopni Celsjusza. Ma to nastąpić w dużej mierze na drodze transformacji globalnej gospodarki energetycznej i jej przejściu od surowców kopalnych w kierunku źródeł odnawialnych.

Mimo, że umowa nie jest dla państw wiążąca, Stany Zjednoczone w trakcie kadencji Baracka Obamy podjęły szereg zgodnych z nią decyzji. Wprowadziły na przykład regulacje dotyczące efektywności paliwowej, redukcji tzw. gazów cieplarnianych czy elektromobilności.

Problem z programami dotyczącymi zmian klimatu polega w dużej mierze na tym, że chociaż wiążą się one z ogromnymi kosztami dla podatników i gospodarki, to środowisku przynoszą korzyści w niewielkim stopniu, jeśli w ogóle. Wywierają natomiast olbrzymi wpływ na gospodarki poszczególnych państw.

– Po raz pierwszy w historii ludzkości zamierzamy w określonym czasie zmienić model rozwoju gospodarczego, który panuje od co najmniej 150 lat – przyznała Christiana Figueres, sekretarz wykonawczy UNFCCC. Odniosła się w ten sposób do międzynarodowych zobowiązań w sprawie redukcji emisji gazów cieplarnianych.

„Wyjątkowo dobre relacje”

Polska wraz z innymi krajami UE ratyfikując tzw. poprawkę dauhańską zobowiązuje się nadgorliwie do redukcji emisji CO2 o 20 procent do 2020 roku, zgodnie z unijnym pakietem klimatyczno-energetycznym.

Dwa lata temu, pod koniec rządów koalicji PO-PSL prezydent Andrzej Duda zawetował ustawę w sprawie ratyfikacji poprawki ze względu na niewystarczające wyjaśnienie potencjalnych skutków prawnych i ekonomicznych jej przyjęcia. Politycy PiS mówili wówczas, że poprawka z Doha jest próbą usankcjonowania unijnego pakietu klimatyczno-energetycznego w prawie ONZ.

Co ciekawe, jeszcze w listopadzie ubiegłego roku komisarz UE ds. klimatu powiedział, że blok zrobi wszystko, co w jego mocy, aby przezwyciężyć odmowę podpisania przez Polskę poprawki z Doha, która stanowi drugą część protokołu z Kioto.

W połowie listopada komisarz Miguel Arias Cañete zapowiedział, że UE spróbuje ratyfikować poprawkę jako blok bez Polski.

– Poprawka z Doha nigdy nie została ratyfikowana ze względu na Polskę, ale wszystkie instrumenty są już gotowe, podobnie jak i kraje, i oczywiście jest możliwe unieważnienie polskiego sprzeciwu – przekonywał.

Na razie spośród krajów UE poprawkę zaakceptowały Hiszpania, Luksemburg, Włochy, Węgry, Niemcy i Belgia. Jednak komisarz Cañete podkreślił, że podpis UE nie pozwoli na wdrożenie drugiej części protokołu z Kioto, ponieważ liczba potrzebnych krajów sygnatariuszy (144) jest daleka od osiągnięcia.

Na poziomie UE jedynie z powodu weta Polski ten dokument ratyfikacyjny nie został jeszcze złożony u sekretarza generalnego ONZ. Państwa członkowskie będą musiały także indywidualnie ratyfikować umowę za pośrednictwem parlamentów krajowych. Jak na razie wyprzedzająco zrobiło to sześć państw, wśród nich m.in. Włochy i Węgry.

Zaledwie kilka tygodni później, 6 grudnia minionego roku, w wywiadzie opublikowanym na stronie euractiv.com. Dominique Ristori, dyrektor generalny dyrekcji ds. energii w Komisji Europejskiej mówił, że KE ma wyjątkowo dobre relacje z Polską w sprawie transformacji energetycznej i polityki szybkiego odejścia od węgla.

– Z Polską mamy niezwykle pozytywny dialog energetyczny – przekonywał.

Komisarz dodał:

– Jestem pewien, że Polska będzie aktywnie uczestniczyć we wszystkich nowych inicjatywach, związanych z polityką klimatyczną. Zasugerował również, że może nastąpić zmiana w dotychczasowej polityce odnośnie poprawki dauhańskiej.

Ustawa o elektromobilności – nowe obciążenia dla wszystkich

4 stycznia rząd wniósł do Sejmu projekt niezwykle kosztownej dla podatników ustawy o elektromobilności i paliwach alternatywnych. W ciągu dwóch lat w naszym kraju ma powstać m.in. 6 tysięcy punktów ładowania samochodów elektrycznych. Gminy będą mogły ustanowić strefy czystego transportu i w związku tym będą pobierać opłaty od pojazdów spalinowych – na razie maksymalnie do 30 złotych dziennie za wjazd do takiej strefy.

Rząd w Strategii na Rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju założył, że do 2025 r. po polskich drogach ma jeździć milion pojazdów elektrycznych. Projekt zobowiązuje administrację centralną do wymiany w tym okresie połowy samochodów na elektryczne i do 30 procent floty należącej do administracji samorządowej. Z kolei w komunikacji miejskiej tzw. zeroemisyjne autobusy stanowić mają 30 procent taboru.

Rząd podaje szacunki wymiany. Autobus spalinowy to wydatek rzędu około 850 tysięcy złotych przy stałych kosztach użytkowania na poziomie 116 tys. PLN rocznie. Zakup autobusu elektrycznego oznacza wydatek rzędu 1,9 mln złotych i stałe koszty użytkowania 81 tysięcy rocznie plus 300 tysięcy na stałą infrastrukturę.

Projekt zawiera regulacje, których celem ma być stymulowanie rozwoju elektromobilności w Polsce oraz zastosowanie w transporcie paliw alternatywnych. Chodzi głównie o energię elektryczną oraz gaz ziemny – zarówno skroplony (LNG), jak i sprężony (CNG).

Ustawa wdraża do polskiego prawa dyrektywę europejską w sprawie rozwoju infrastruktury paliw alternatywnych. Rząd planuje, że do końca 2020 roku powstanie 6 tysięcy punktów ładowania energią elektryczną o normalnej mocy, 400 punktów ładowania energią elektryczną o dużej mocy, 70 punktów tankowania CNG. Będą one rozmieszczone w 32 aglomeracjach i na obszarach gęsto zaludnionych.

Za wjazd bez opłaty do stref czystego transportu (całodobowych) będzie grozić grzywna do 500 złotych.

Nowe przepisy przewidują zwolnienie aut ekologicznych z akcyzy i – tymczasowo – opłat za parkowanie oraz wyższy odpis amortyzacyjny z tytułu zużycia pojazdów elektrycznych dla firm.
W projekcie zawarto także regulacje dotyczące wykorzystania dróg na potrzeby prac badawczych nad pojazdami samojezdnymi. Ustawa nakłada na gminy obowiązek stworzenia odpowiedniej infrastruktury po 2019 r.

Rząd zamierza pozyskać środki na realizację projektu – wstępnie szacowanego na około 19 miliardów złotych – z akcyz wnoszonych do Funduszu Niskoemisyjnego Transportu, nad którym trwają prace.

Rada Ministrów przewidziała już między innymi, że Inspekcja Handlowa przeprowadzi około 496 kontroli wśród przedsiębiorców dostarczających paliwa i określona część z nich obciążona zostanie grzywnami (rząd to wie, chociaż ustawy jeszcze nie ma). W uzasadnieniu do projektu czytamy: „przyjęto, że w 15 proc. kontroli stwierdzone będą nieprawidłowości i prowadzone będą postępowania administracyjne w sprawie nałożenia kar pieniężnych”.

Warto tu przypomnieć, iż w planie Morawieckiego napiętnowano takie podejście urzędników. Zacytowano w nim notatkę ze spotkania inspektorów urzędów skarbowych, stwierdzającą: „Należy obecnie zmienić tok myślenia w sprawie kontroli podatkowych – nie ma kontroli w celach prewencyjnych – kontrola ma przynosić wpływy budżetowe”. 

Ustawa – jak zakłada rząd – wpłynie na wzrost kosztów użytkowania pojazdów i będzie mieć „efekt zdrowotny” w związku z obniżeniem poziomu hałasu i spalin. Rząd nie mówi jednak, w jaki sposób zutylizuje wiele ton baterii litowo-jonowych, bo jeszcze nie wynaleziono sposobu taniego i bezpiecznego ich recyklingu (nikt na świecie na razie nie przewiduje całkowitego odzyskania litu, bardzo szkodliwego dla środowiska, bo jest to za drogie). Za jakiś czas pojawi się więc kolejny problem i kolejny pretekst do zwiększenia opłat.

Notabene, UE nakłada na producentów baterii obowiązek zbierania ich, składowania i recyklingu. Pod Wrocławiem w Kobierzycach właśnie powstaje największa w Europie fabryka baterii koncernu LG Chem. Powstaje więc pytanie, co jej właściciele zrobią ze zużytymi produktami, które będą musieli przyjmować? Czy odpady będą składowane w Polsce?

To dopiero początek różnych uregulowań związanych z transformacją energetyczną. Rząd, co gorsza, przedstawia te zmiany jako korzystne dla ludzi biednych. Weźmy np. niedawne rozporządzenie w sprawie zmiany cen taryf za energię elektryczną na 2018 r. Zmiana korzystna dla koncernów energetycznych przewiduje wzrost cen taryfy między godziną 13:00 a 15:00, kiedy notowany jest największy pobór. Dotychczas gospodarstwa domowe korzystały z obniżonych stawek. Od 1 stycznia ulgi będą dotyczyć jedynie pory nocnej.

Heritage Foundation: regulacje klimatyczne zubożą ludność i spowolnią rozwój

Konserwatywny think tank amerykański – Fundacja Heritage – w opracowaniu z czerwca 2016 r. zalecał rządowi USA wycofanie z się z ramowej umowy ONZ o klimacie, ze względu na ogromne obciążania dla podatników, spowolnienie wzrostu gospodarczego i obniżenie wzrostu dochodu na mieszkańca przy niewielkim lub zerowym wpływie na środowisko.

Autorzy raportu prognozowali drastyczny wzrost cen energii w krajach rozwiniętych i zablokowanie dostępu do niezawodnych źródeł energii dla państw rozwijających się. Według Heritage Foundation, realizacja umów oenzetowskich w zakresie zmian klimatu doprowadzi do marnotrawstwa pieniędzy podatników i budzących wątpliwości szkodliwych interwencji na rynku energii poprzez różne regulacje.

Przepisy dotyczące globalnego ocieplenia oznaczają wyższe ceny energii, mniejszy wzrost.

Ekonomiści HF szacowali, że amerykańskie wydatki na energię elektryczną w gospodarstwach domowych wzrosną od 15 do 20 procent w ciągu następnej dekady. Będą kosztować utratę 400 tysięcy miejsc pracy co 12 miesięcy, roczny spadek dochodów gospodarstwa domowego o ponad 30 tysięcy dolarów (na czteroosobową rodzinę) i łączny ubytek produktu krajowego brutto (PKB) przekraczający w skali całego kraju 2,5 biliona dolarów.

„To samo dotyczy reszty świata” – napisali eksperci. Szacują oni, iż ze względu na ograniczenie dostępu krajów rozwijających się do przystępnej cenowo energii, nastąpi spowolnienie ich rozwoju.

Bardziej szkodliwe niż bezpośrednie koszty dla podatnika są jednak zakłócenia, jakie przepisy klimatyczne i programy finansowe rządu spowodują dla gospodarki. Na przykład celem „zielonego funduszu klimatycznego” ONZ jest wykorzystanie pieniędzy publicznych w celu zwiększenia finansowania sektora prywatnego.

Bez względu na zastosowany mechanizm, rządowe programy finansowania wypychają prywatne inwestycje kapitałowe z rynku i dyktują miejsca ich wydawania. Projekty z rządową pieczęcią zatwierdzenia zwiększają określone inwestycje sektora prywatnego, zabierając pieniądze z innych potencjalnych dziedzin.

Ten „rządowy palec” interweniujący na tak dużą skalę zakłóci sygnały rynkowe i zmieni sposób patrzenia inwestorów na ryzyko rynkowe, prowadząc do zwiększenia kosztów alternatywnych, a także niewłaściwej alokacji pracy oraz kapitału.

Agnieszka Stelmach

Źródło:  Polonia Christiana

   za: alexjones.pl

Rząd spieszy się z ustawami klimatycznymi. Zapłacą podatnicy.
Oceń artykuł
Udostępnij

Napisz co myślisz