Cień WSI?

ETAP CZY ZAKRĘT ?

Nie uznaję autorytetów ani prawd objawionych III RP
Bez Dekretu

Jeśli trafna jest hipoteza, że akuszerami „nowego rozdania” z roku 2015 byli ludzie związani ze środowiskiem WSI, „wybudzenie” pana prezydenta potwierdzałoby też zasadę stosowaną w latach ubiegłych: gwarantem zachowania status quo jest ośrodek prezydencki i jakiekolwiek spory w tym zakresie, będą rozstrzygane na korzyść tego ośrodka.

To ważna wskazówka, w przewidywaniu reakcji PiS na prezydenckie kontry”.

Rzadko się zdarza, bym pisząc nowy tekst po tak długiej przerwie, mógł bezpiecznie wrócić do zakończenia poprzedniego wpisu. Niestety, skorzystanie z tej „okazji” wymusza kontynuację tematyki prezydenckiej i jeśli Czytelnicy oczekiwali innych treści, uprzejmie proszę o wybaczenie.

Byłoby jednak niestosowne porzucenie tak wdzięcznego obiektu zainteresowań. Tym bardziej, gdy wydarzenia ostatnich tygodni potwierdzają tezę, iż ośrodek prezydencki nadal odgrywa rolę głównego wspornika i gwaranta układu III RP.

Piszę – nadal, bo jest to rola odziedziczona po prezydenturze Wałęsy, Kwaśniewskiego i Komorowskiego, z którą nierozerwalnie wiąże się troska o bycie „prezydentem wszystkich Polaków” i nieustanna wola „zasypywania podziałów”. Nie powinno też zaskakiwać, że w otoczeniu prezydenta ujawniono komunistycznych aparatczyków i ludzi z nadania b. WSI.

Ten naturalny (dla III RP) symptom, jest znakiem systemowej kontynuacji i nie przypadkiem niesie potwierdzenie dla najbardziej „spiskowych” i „szalonych” teorii.

Z kolei, medialna gra wokół prezydenckiego weta oraz cierpliwe wyczekiwanie polityków PiS na nonsensowne propozycje pana Dudy, pozwalają twierdzić, że ośrodek ten jest rzeczywistym decydentem w sprawach „dobrej zmiany” i wytycza granicę nieprzekraczalną dla naszych oczekiwań. Nie po to pan prezydent trudził się wynajdywaniem pseudo-argumentów za odrzuceniem propozycji legislacyjnych, nie po to przez dwa miesiące zwlekał z ujawnieniem swoich bezcennych projektów, by po tych politycznych bachanaliach wyraził zgodę na naruszenie mafijnego status quo.

Informacja podana w piątkowy wieczór przez rzeczniczkę partii pana Kaczyńskiego: „Prawo i Sprawiedliwości poszło na ogromne ustępstwa jeśli chodzi o reformę wymiaru sprawiedliwości. Zgodziliśmy się na wybór członków KRS 3/5 głosów, na wyeliminowanie roli ministra sprawiedliwości, na to że KRS będzie wybierany ponadpartyjnie” – przecina wątpliwości odnośnie relacji Duda – PiS i doskonale potwierdza opinię przedstawioną na początku tekstu.

Partia „dobrej zmiany” podporządkuje się woli środowiska pana Dudy i proces ten zostanie przedstawiony wyborcy jako jedynie słuszna „droga kompromisu”. To oznacza, że nie będzie żadnej „reformy sądownictwa” ani żadnej innej zmiany, która w sposób realny mogłaby zagrozić interesom układu mafijnego III RP.

Ale wracam do tematyki prezydenckiej również dlatego, że jest coś głęboko tragicznego w dzisiejszych opiniach i deklaracjach wyborców Prawa i Sprawiedliwości.

Prezydencka fronda, którą musieli dostrzec nawet najzagorzalsi wielbiciele pana Dudy, wywołała nie tylko powszechne oburzenie, a nawet oskarżenia o „zdradę”, ale spowodowała wysyp kategorycznych wyznań i deklaracji, w rodzaju – „Andrzej Duda już nie dostanie mojego głosu w wyborach prezydenckich”.

Równie powszechne jest przekonanie, że weto do ustaw sądowych wywołało jakiś konflikt na linii Duda-Kaczyński i ujawniło polaryzację dążeń prezydenta i PiS-u.

Są to głęboko błędne i fałszywe oceny.

„Zawróconym” wielbicielom pana Dudy należałoby powiedzieć, że w dniu następnych wyborów prezydenckich, staną wobec alternatywy: pozostać w domu i w ogóle nie brać udziału w wyborczej farsie lub wbrew dzisiejszemu stanowisku, a w zgodzie z rekomendacją PiS – ponownie zagłosować na Andrzeja Dudę.

Myślę, że nonszalancja tego pana w sprawie ustaw sądowych (i dziesiątek innych spraw ważnych dla Polski) oraz pewność, z jaką chce umacniać konstytucję III RP i bronić patologii tego państwa, znajdują przyczynę w prostej konstatacji – Andrzej Duda posiada gwarancję drugiej kadencji.

W zalewie propagandy sączonej przez rządowe „wolne media”, uwadze odbiorcy umyka fakt, że za tą kandydaturą stoi świadomy i w pełni racjonalny wybór dokonany przez prezesa Kaczyńskiego. To on jest „ojcem” prezydentury Andrzeja Dudy i przez wiele miesięcy zapewniał nas, że postać byłego ministra w Kancelarii Lecha Kaczyńskiego wyznacza dla Polski świetlane  perspektywy. Tylko Jarosław Kaczyński mógłby odpowiedzieć na pytanie: dlaczego człowiek tak słaby i podatny na manipulacje, o niebotycznie rozdętym ego i równie dojmującej pustce intelektualnej, został wyznaczony na następcę Komorowskiego? Jest to pytanie, nie tylko o cechy osobowości kandydata, ale o rzeczywiste przesłanki decydujące o wyborze. W realiach III RP są one zwykle zawężone do prostych zasad – obecności kompr-materiałów lub typowania „naszego” człowieka na ważne stanowiska.

Istotnym kryterium w ocenie relacji PiS-Duda powinna być kombinacja „esbeckiego gambitu”, w której prezes PiS i jego najbliżsi akolici aktywne uczestniczyli po stronie ośrodka prezydenckiego.

Jeśli więc wybór pana Dudy był racjonalną decyzją Jarosława Kaczyńskiego (a nie mam prawa w to wątpić), oznacza to, że po stronie obu panów istnieje pełna świadomość wszelkich ograniczeń i powinności, jakich ma przestrzegać nowy prezydent. Pan Kaczyński wie – dlaczego Andrzej Duda miał zostać prezydentem, a PiS mógł „wygrać” wybory parlamentarne. Wie zatem, że inscenizacja „dobrej zmiany” musi uwzględniać bariery wytyczone przez „akuszerów” nowego rozdania, a margines dowolności jest stosunkowo niewielki.

Uzgodnienie to funkcjonowało znakomicie od początku „dobrej zmiany” i dotyczyło obszaru związanego ze środowiskiem b. WSI, gwarancji nietykalności B. Komorowskiego i polityków PO-PSL oraz nienaruszalności fundamentów III RP (konstytucja, tzw. sądownictwo). Można przypuszczać, że ustawy sądowe (podobnie, jak ustawa degradacyjna MON) zostały odebrane jako realne zagrożenie dla układu mafijnego. Środowisko prezydenckie musiało zareagować. Stąd weto i wielomiesięczna nagonka na szefa MON, realizowana w ramach „esbeckiego gambitu”.

Jeśli za prawdziwą uznamy tezę sformułowaną na początku tego tekstu, staje się oczywiste, że „dobra zmiana” nie może się ostać bez zachowania głównego gwaranta. To oznacza, że PiS – jeśli nadal zamierza korzystać z fruktów władzy, jest „skazany” na obecność pana prezydenta i na jego drugą kadencję. Ten system naczyń połączonych, opiera się na środowisku prezydenckim i może funkcjonować tylko wspólnie i w porozumieniu. Za mało prawdopodobny uważam scenariusz wyłonienia nowego „delfina”, a tylko taka sytuacja mogłaby zdecydować o rezygnacji z kandydatury Andrzeja Dudy.

Objaśnianie obecnych procesów i relacji na linii Duda-PiS w kategoriach jakiś „odmiennych koncepcji”, „prawniczych dylematów” lub nawet „konfliktów pokoleniowych” – jest kpiną z ludzi rozumnych i wystawia jak najgorsze świadectwo autorom takich dyrdymałów.

Nie ma też żadnych podstaw, by rozdzielać (jak czynią to propagandyści) zachowania prezydenta od intencji pana Kaczyńskiego. To on ponosi całkowitą odpowiedzialność za „wybudzenie” Andrzeja Dudy, za prezydencką frondę i mistyfikację „dobrej zmiany”. Nie ma asymetrii w tych postawach. Jest za to kolejna klęska „złożonej strategii” szefa PiS, który wzorem użytecznych głupców z lat komuny, mógł uwierzyć, że idąc na „kompromis” z bestią, uda się stworzyć lub ocalić dobro.

To powinni już dostrzec nawet wyborcy PiS.

Okazało się bowiem, że przez ostatnie dwa lata żyliśmy w wielkim kłamstwie. Tak wielkim, że mimo dziesiątków faktów i znaczących wydarzeń, nie dopuszczało ono możliwości stawiania ważnych pytań i formułowania krytycznych ocen.

Czytam wypowiedzi czytelników „wolnych mediów”, w których padają ciężkie słowa pod adresem pana prezydenta. Można odnieść wrażenie, że weto Andrzeja Dudy wywołało społeczny wstrząs i otworzyło oczy wyborców PiS na jakąś nową (i nieznaną wcześniej) rzeczywistość. Ale mam też w pamięci słowa równie ciężkie, kierowane pod moim adresem. Naczytałem się ich niemało w czasie tych dwóch lat, gdy próbowałem pokazać inną, odartą z propagandy i mniej świetlaną postać pana prezydenta.

I mógłbym dziś zapytać: co takiego zobaczyli oburzeni wyborcy, czego nie można było dostrzec wcześniej?  Gdzie byli ci ludzie, gdy Andrzej Duda tchórzliwie ignorował apele dotyczące śledztwa w sprawie zabójstwa księdza Jerzego, gdy odmawiał uhonorowania Ryszarda Kuklińskiego, gdy chronił Aneks i środowisko Komorowskiego, gdy nakręcał „esbecki gambit” wymierzony w ministra Macierewicza i usilnie pracował nad osłabieniem efektów szczytu NATO, gdy otaczał się esbeckimi spółkami ochroniarskimi i świadomie konserwował „komorowszczyznę” w BBN?

Kłamstwo dla wygodnego życia” – jak onegdaj celnie nazwał tę przypadłość komentator, Pan Przemek Łośko, przesłoniło dziesiątki wydarzeń, które w porę dostrzeżone, analizowane i nagłośnione, pozwoliłyby uniknąć hańby dzisiejszych dni. To samo kłamstwo, głoszone przez cwaniaków z rządowych „wolnych mediów” sprawiło, że słaby, mierny i uwikłany w różne zależności Andrzej Duda, nigdy nie miał szans zmierzenia się z prawdą o sobie i swojej prezydenturze. Wzorem poprzednika – żył i żyje pod medialnym „kloszem”.

Kłamstwo spowodowało, że z tchórza uczyniono herosa, z konformisty – patriotę, ze słabeusza – męża stanu.

Kto to sprawił? Oni, Obcy – czy raczej my sami, uciekając przed powinnością ludzi wolnych i rozumnych?

Na koniec, muszę wrócić do refleksji nad błędem, który często bywa mi przypominany. Mam na myśli treść analiz z lat 2014-2015, z których wynikało, że wybory prezydenckie musi wygrać B. Komorowski.

Dziś potrafię powiedzieć, że nie mogłem się nie pomylić.

Nie mogłem, bo napisanie w roku 2015 – „wybór Andrzeja Dudy jest operacją środowiska b. WSI, uzgodnioną z PiS-em w ramach koncepcji nowego rozdania” – byłoby nie tylko bezskuteczne i nieoparte na rzeczowych argumentach, ale ściągnęło na autora gromy ze strony wyborców PiS, z podejrzeniem o „robotę agenturalną” włącznie.

Co dla mnie najważniejsze – takiej tezy nie potrafiłbym wówczas obronić. Skoro prawidłowa analiza nie może wychodzić od hipotez niepodlegających dowodzeniu i nie powinna  ignorować faktów ani stać z nimi w sprzeczności, wynik ówczesnych dociekań nie mógł być inny.

Mogłem jedynie, i uczyniłem to w  tekście z maja 2015 roku, zadać kilka „niebezpiecznych pytań”:

„Dlaczego Andrzej Duda mógł zostać nowym prezydentem?

Dlaczego wygrał z człowiekiem wspieranym przez ośrodki propagandy i potężnych reżimowych graczy?

Dlaczego pozwolono, by w drodze „demokratycznych przemian” odszedł patron ludzi z wojskowej bezpieki, najgorliwszy przyjaciel Moskwy i filar triumwiratu III RP?

Dlaczego rozstrzygnięcie to tak łatwo przyjęto na Kremlu, jeśli to stamtąd wyszedł projekt zamachu smoleńskiego?

Dlaczego środowisko Belwederu pogodziło się z utratą wpływu na armie i służby specjalne? Dlaczego nie sięgnięto po „sprawdzone metody”, nie próbowano sfałszować wyniku wyborczego lub nie postawiono na „rozwiązania siłowe”?

Dlaczego zaakceptowano tak niewielką przewagę głosów, skoro w ubiegłorocznej farsie wyborczej nie cofnięto się przed jawnym fałszerstwem?

Dlaczego w państwie ignorującym prawa obywateli i reguły demokracji, o wyniku najważniejszej rozgrywki miałaby decydować trzyprocentowa różnica „werdyktu wyborczego”?

Dlaczego środowisko skupione wokół BK nie okazuje dziś obaw przed rozliczeniem tej prezydentury, przed poznaniem tajemnic „lochów” belwederskich, ujawnieniem kalendarzy spotkań, nazwisk gości i doradców?

Dlaczego w tej kampanii nie słyszeliśmy słowa o zamachu smoleńskim ani wzmianki o roli Belwederu w kształtowaniu „ładu posmoleńskiego”? 

Napisałem też, że trzeba rozważać dwie możliwości: albo Komorowski i związane z nim środowisko nie jest (i nie było) tak silne, jak dotąd utrzymywałem (tu obszar mojej kolejnej pomyłki), albo zmiana w Belwederze nie pozbawiła tego środowiska wpływów i w niczym nie zagraża samemu BK.

Ucieszyło mnie wówczas, że grono Przyjaciół -komentatorów bezdekretu podzielało te obiekcje i przyjęło pytania ze zrozumieniem. Na tle hurraoptymistycznych oracji wyborców pana Dudy i wszechobecnej atmosfery wielkich nadziei, była to postawa tym bardziej wyjątkowa i godna szacunku.

Dziś wiemy, że wygrana Andrzeja Dudy w wyborach prezydenckich, była wydarzeniem nieweryfikowalnym – w tym sensie, że nie mogła wynikać z analizy ujawnionych zachowań głównych graczy i nie można było jej zaakceptować (przewidzieć) na podstawie wiedzy o istniejących mechanizmach. Weryfikacja mogła nastąpić tylko wówczas, gdyby a priori przyjąć, że ta kandydatura i ta wygrana stanowią element strategii wpisanej w mafijną logikę układu III RP – czyli przyjąć hipotezę niemożliwą do dowiedzenia i uzasadnienia w roku 2015. Tylko ktoś, kto byłby świadkiem takich ustaleń lub posiadał niepodważalną wiedzę na ten temat, mógł odważyć się na podobną konkluzję.

Andrzej Duda, jako „czysty” kandydat PiS, wystawiony przez obóz polityczny, dążący do realnych zmian i obalenia układu mafijnego – nie miał prawa wygrać.

Andrzej Duda, jako kandydat „zatwierdzony” i wystawiony na mocy paktu między różnymi grupami wpływu, dążącymi do zachowania status quo – był skazany na wygraną.

Dlatego obecne, ale też przyszłe zachowania i decyzje pana prezydenta, mają istotne znaczenie. Nie dlatego, jakoby projekt „reformy sądownictwa” PiS był doskonały, a prezydent go pogrzebał, ale z tej przyczyny, że wybraniec pana Kaczyńskiego dokonał niezwykle czytelnego wyboru i każdym kolejnym będzie ten wybór potwierdzał. Ważne też, że zrobił to na tyle spektakularnie, nerwowo i chaotycznie, iż nawet parasol rozciągnięty nad „wybrańcem ludu”, zaczął mocno przeciekać.

Na monolicie pojawiła się rysa, która z każdym miesiącem, będzie się powiększać i pogłębiać.

Zobaczyliśmy granicę, poza którą „dobra zmiana” nie ma prawa wykraczać. Zobaczyliśmy też rolę ośrodka prezydenckiego – jako strażnika i gwaranta interesów układu III RP.

To dowód ciągłości wpływów środowiska, które po zamachu smoleńskim wywindowało necandusa na stanowisko prezydenta, a pięć lat później zadbało o „godnego” następcę.

Co w tym dobrego – zapytają zawiedzeni i po raz kolejny oszukani.

To, że takie doświadczenia trzeba wykorzystać dla dobrej sprawy i widzieć je w sposób, który wyklucza biadolenie i uderzanie głową w mur.

Jeśli nawet czeka nas kolejny zakręt polskiej historii, jest on zaledwie etapem na drodze  długiego marszu. Przybliża do powstania autentycznej opozycji antysystemowej. Jest okazją do rozstania z mitologią III RP i odrzucenia łgarstw o „państwie prawa i demokracji”.

To niewiele – w perspektywie tych, którzy „tu i teraz” chcieliby wygrać polskie sprawy.

To bardzo dużo dla ludzi wolnych.

Aleksander Ścios
bezdekretu.blogspot.com     

 http://www.polishclub.org/2017/10/08/etap-czy-zakret/

   za neon24.pl

Cień WSI?
Oceń artykuł
Udostępnij

Napisz co myślisz