Polowanie z nagonką

Ta Polska zawsze sprawiała kłopoty. Już Franklin Delano Roosevelt narzekał w rozmowie z Churchillem i Stalinem, gdy obradowali nad szczęściem i powodzeniem naszego kraju, że od stu lat Polska przyprawia świat o ból głowy. Miał rację, oj, miał. No bo popatrzmy.

Zamiast solidnego feudalizmu zafundowaliśmy sobie jakąś demokrację szlachecką, tolerancję religijną, neminem captivabimus i podobne zberezeństwa. A szlachta, czyli warstwa uprzywilejowana, stanowiła aż siedem procent społeczeństwa.

Zaraza ta zaczęła nawet zagrażać spokojnym sąsiadom rządzonym po bożemu absolutystycznie. Trzeba więc było zrobić porządek i trzech sąsiadów to uczyniło. Pomogło na 123 lata. W tym czasie Polacy wymyślili sobie jakąś tam niepodległość. Wprawdzie udało się sprowokować kilka bezsensownych powstań i prowodyrów oraz ich popleczników wyprawić, jak należało się zaciekłym katolikom, na lepszy ze światów lub na emigrację, ale i to nie pomogło. Gdy ówczesna wielka trójka upadła, w Polakach odżyły ambicje imperialne. Wódz ich nacjonalistów – Roman Dmowski jak najbezczelniej żądał granicy drugiego rozbioru na wschodzie oraz Prus, części Pomorza, Śląska Opolskiego, zamiast ograniczyć się do Księstwa Warszawskiego, no może nieco powiększonym. Chwalić Boga, dzięki Lloydowi George’owi oraz wpływom starszych i mądrzejszych udało się nieco (ale tylko nieco) pohamować te niesłychane zapędy. I znowu, zamiast posłusznie wprowadzić solidny liberalny kapitalizm, Polacy wymyślili sobie 8-godzinny dzień pracy, prawo głosu dla kobiet, rozpoczęli budowę Gdyni, by pognębić Niemców w Gdańsku, Centralny Ośrodek Przemysłowy, samodzielny przemysł chemiczny, czyli na wpół socjalizm, a w każdym razie etatyzm.

Nie przyjęli rozsądnych rad Adolfa Hitlera, by odstąpić Gdańsk i pozwolić na eksterytorialną linię kolejową i autostradę, ani równie szczodrej oferty Wujka Joe, by przepuścić oddziały radzieckie. Zaiste, znowu kłopoty. Ale odrzuceni porozumieli się i uspokoili krnąbrnych Przywiślańców. Po wojnie wydawało się, że żelazna i krwawa ręka Związku nareszcie uspokoi tę zakałę Europy i świata. Nic z tego. Zamiast budować socjalizm, za przykładem wielkiego Związku Rad, wymyślili sobie całkiem inaczej, począwszy od 1956 r. Kościół rozpanoszył się, oporni chłopi nie poszli do kołchozów, literaci rozbestwiali się, robotnicy strajkowali, a pierwsi sekretarze kumali się z prymasami. Cóż to był za socjalizm?! A teraz, zgodnie z przyrodzoną im chełpliwością chwalą się Solidarnością i obaleniem komunizmu, choć każdy uczciwy człowiek na świecie wie, że uczynili to Niemcy rozbijając mur berliński.

Zdawało się, iż wmówiwszy naiwnym Polaczkom szczęście i dobrobyt w Unii Europejskiej weźmie się ich ponownie z ryzy. Na początku szlo jak najlepiej. Oddani sprawie europejskiej ludzie, zlikwidowali przemysł i bankowość polską (na co im to?!), ukręcili nieznany im dotąd bat bezrobocia i przez ponad 20 lat panował Ordnung. Rozkazy z Brukseli czyli z Berlina wykonywano stukając obcasami z okrzykiem „Jawohl!”, a i właściwą historię oraz pedagogikę wstydu wpajano dość sprawnie. Aż przyszedł PiS do władzy i tyle roboty (a przecież „Arbeit macht frei”, nicht wahr?) poszło na marne. Niby katolicy, a nie chcą przyjmować imigrantów. Po co im jakieś partnerstwo czy samodzielność w sprawach wewnętrznych? My i tak wiemy lepiej. Na co im repolonizacja gospodarki i mediów? To lepiej zarządzamy tymi wrażliwymi dziedzinami. Po co naśladują nasze rozwiązania w zakresie wymiaru sprawiedliwości? To dla nas nie dla nich. Ponownie, (który to raz w historii?) należy wziąć ich na smycz.

Macron doszlusował do „nauczycieli”

Dotąd tylko Niemcy i liderzy UE próbowali ukrócić Polaków. Ale znalazł się Emmanuel Macron, który ochoczo dołączył do pouczających Polskę, więc dajmy mu pierwsze miejsce w tym artykule. Po antypolskich wprawkach w czasie kampanii wyborczej, raczej zlekceważonych przez stronę polską, przystąpił do ofensywy co się zowie. Ponieważ rząd polski odmówił zaostrzenia dyrektywy dotyczącej pracowników delegowanych, Macron orzekł: „Ten nowy błąd Warszawy sprawia, że stawia się ona na marginesie Europy w wielu kwestiach. (…) Polska nie definiuje dzisiaj przyszłości Europy i nie będzie definiować Europy jutra”. Dodał, że Polska „stawia się na marginesie” i „decyduje się pójść wbrew interesom europejskim w wielu kwestiach”. Pouczył także: „Unia Europejska powstała, aby tworzyć konwergencję, na tym polegają fundusze strukturalne, z których Polska korzysta”.

Ale nie z premier Beatą Szydło takie numery: „Podpowiadam, aby nie rozbijał UE i zajął się swoim krajem. Być może jego aroganckie wypowiedzi wynikają z braku doświadczenia i obycia politycznego, co ze zrozumieniem odnotowuję, ale oczekuję, iż szybko nadrobi te braki i będzie w przyszłości bardziej powściągliwy. W sprawie pracowników delegowanych to Polska i Europa Środkowa broni zasad wspólnego rynku, a Francja poprzez swoje działanie próbuje demontować jeden z filarów UE”– powiedziała premier w wywiadzie dla portalu wPolityce.pl. Potraktowała go więc jak chłoptasia, co mu się należało. Jak słychać, części prasy francuskiej ta odzywka Macrona nie podobała się.

Nie dał ona jednak za wygraną. Kilka dni później w rozmowie z „Le Point” przypuścił nowy atak: „Nie można budować Europy, podważając jej kluczowe zasady, a rząd polski podważa solidarność europejską, a nawet państwo prawa”. Prezydent Francji określił stanowisko Warszawy jako „bardzo niepokojące” i zarzucił polskiemu rządowi „podważanie zasad praworządności”. W ten sposób odniósł się do obaw Unii Europejskiej co do przeprowadzanej w Polsce reformy sądownictwa, która zdaniem Komisji Europejskiej zagraża niezawisłości sądów.

„Jednoznacznie potępiam takie podejście i, szerzej, bardzo niepokojącą politykę polskiego rządu, który podważa solidarność europejską, a nawet państwo prawa. Nie jestem jedyny, który tak myśli i to mówi, bo taka jest analiza Komisji i naszych partnerów” – powiedział Macron i podsumował swoje wywody: „Polski rząd nie jest rzecznikiem Europy Wschodniej”. Tym razem odpowiadał z naszej strony min. Witold Waszczykowski, co w gruncie rzeczy sprowadziło się do tłumaczenia prezydenta Francji: „wygrał wybory, ale teraz musi starać się odbudować spadające poparcie, poprzez stworzenie programu politycznego, który będzie realizowany”.

Powody stanowiska Macrona są trzy. Po pierwsze – stara się on wkraść w łaski Merkel, ponieważ Francja tkwi w długach po uszy, a pomoc Unii w tym zakresie leży przede wszystkim w rękach kanclerz RFN. Po drugie – niepokoi go polska potęga w transporcie (25 proc. rynku UE), stąd próba zniszczenia polskiej konkurencji w tej dziedzinie. Po trzecie – fabryki zagraniczne z Francji zaczynają uciekać do Polski.

Sojusz Merkel-Timmermans

Zacznijmy od naszego wypróbowanego „przyjaciela”, wiceprzewodniczącego Komisji Europejskiej, Fransa Timmermansa. „Polska dzisiaj jest bardziej suwerenna i wolna niż przed wieki całe w przeszłości. Może nawet przez tysiąc lat Polacy nie byli chyba aż tak wolni. (…) Nie akceptuję tego, gdy ktoś mówi, że UE odbiera suwerenność Polsce. Ona ją tworzy dla Polski, która tej suwerenności nie miała przez wieki. Nie mogę wyobrazić sobie sytuacji, w której UE odnosi sukces i robi to bez Polski, która cieszy się dobrobytem. Mówiąc o praworządności w Polsce, rozmawiamy o całej Europie. To jest naprawdę poważna sytuacja”. (…) Proszę nie akceptować argumentu, że inne kraje mają podobne rozwiązania. Tak nie jest. (…) Nie ma takiej opcji, żebyśmy zostawili ten temat, że jest zbyt trudny politycznie. KE wykorzysta każdy instrument, kiedy wchodzi w grę temat podziału władzy” – mówił Timmermans podczas posiedzenia Parlamentu Europejskiego 31.08.br.

Odniósł się również do odpowiedzi polskiego rządu nt. zarzutów dotyczących reformy systemu sprawiedliwości: „Analizujemy odpowiedź polskiego rządu. Jednak również z polskich oświadczeń prasowych wynika, że odpowiedź nie przewiduje żadnych konkretnych środków, by zareagować na obawy poruszane przez KE”. I zagroził: „Celem nie jest narzucenie sankcji czy uruchomienie art. 7, ale komisja jest zdecydowana wykorzystać wobec Polski wszystkie narzędzia jakie są do dyspozycji, jeżeli będzie to konieczne. Nie odpuścimy!”.

Ripostowali m.in. Ryszard Czarnecki, Karol Karski i Jadwiga Wiśniewska (PiS) oraz Marek Jurek. Wiśniewska mówiła m.in.: „Mówicie dużo o wartościach, to przypomnę, że UE została zbudowania na wartościach chrześcijańskich (…) Odwołujecie się do zasad solidarności? Przypomnę, że solidarność unijna została zakłócona razem z Nord Streamem na dnie. (…) Milion Polaków chce zmian w wymiarze sprawiedliwości, bo był on dotychczas silny wobec słabych i słaby wobec silnych. W Warszawie, gdzie rządziła PO, wyrzucano mieszkańców na bruk. Może nad nimi się pochylicie? (…) Opowiadacie się po stronie komunistów, socjalistów i lewaków”.

Jak było do przewidzenia, europosłowie PO płaszczyli się przed Timmermansem i popierali jego stanowisko.

Dwa dni wcześniej w czasie spotkania z dziennikarzami kanclerz Merkel oświadczyła, że bardzo poważnie traktuje stanowisko KE w sprawie praworządności w Polsce. „Chociaż bardzo życzyłabym sobie, by relacje i stosunki z Polską, która jest naszym sąsiadem, były bardzo dobre, a zawsze będę miała na względzie wagę tych relacji, nie możemy po prostu trzymać języka za zębami i nie mówić nic, by zachować pokój. Tutaj chodzi o fundamenty współpracy w UE” – stwierdziła kanclerz. Zapowiedziała ona rozmowę z Jean-Claud Junckerem, szefem KE, na ten temat i taka rozmowa odbyła się.

Istota nacisków

Rzecz jasna, nie w praworządności ani reformie aparatu sprawiedliwości leży sedno problemu. KE jest wściekła za polski opór ws. przyjmowania imigrantów. Tym bardziej, że proponowane przez PiS rozwiązania dotyczące np. Sądu Najwyższego są bardzo podobne do stosowanych w krajach Unii, ale łagodniejsze niż np. w RFN. Zbigniew Ziobro powiedział nawet, że właściwie PiS popełnił sui generis plagiat. Ponadto sądownictwo należy do właściwości państw narodowych, a nie UE.

Jest jeszcze jeden powód, by „usadzić” Polskę. RFN bardzo obawia się koncepcji Trójmorza, która tylko pozornie skierowana jest przeciw Rosji. Gdyby projekt ten został zrealizowany, Niemcy straciliby swoje wpływy w Europie Środkowo-Wschodniej, na czym zależy Stanom Zjednoczonym, które w sposób widoczny, a nawet ostentacyjny, dążą do ograniczenie potęgi niemieckiej. Stąd tak silne poparcie Donalda Trumpa dla tej idei. Dochodzi jeszcze powód najnowszy – Polska podniosła zagadnienie reparacji. A dowodów na ich zrzeczenie się brak. Niemniej skuteczne oparcie się naciskom UE zależy od Polski. Czy polski MSZ zda ten egzamin? To bardzo poważne i niepokojące pytanie.

Zbigniew Lipiński
Myśl Polska, nr 37-38 (10-17.09.2017)

Źródło: Myśl Polska

   za: alexjones.pl

Polowanie z nagonką
Oceń artykuł
Udostępnij

Napisz co myślisz